Z „worka na ziemniaki” w ołówkową spódnicę…

Z „worka na ziemniaki” w ołówkową spódnicę…

Olka:

Wyobrażam sobie siebie w nowym aucie, srebrnym, najlepiej w wersji SUV (jestem kobietą, marka jest drugorzędna – ważne by kolor pasował do szarego płaszcza, choć czarny wyglądałby lepiej w srebrnym samochodzie). Widzę jak nakładam słoneczne okulary, żeby je nałożyć odchylam wypielęgnowanymi dłońmi zakończonymi idealnie wystylizowanymi paznokciami perfekcyjnie wymodelowane lśniące od nowej farby włosy. Kiedy wysiadam z samochodu i idę po parkingu, mój drogi płaszcz za kolana tworzy elegancką pelerynę narzuconą na nowy szmaragdowy golf, który wydłuża moją szyję i podkreśla dolną linię twarzy. Do dużej czarnej biurowej torebki mam doczepione skórzane rękawiczki. Do niczego nie da się przyczpić: wyglądam jak milion dolarów i w tej wizji tyle też mam na koncie.

Choć stan konta i nowe auto to absolutna fantacja, to cała reszta jest rzeczywistym wizerunkiem samej siebie jaki co wieczór projektuję sobie w głowie z nadzieją, a nawet zamiarem, że następnego dnia tak właśnie się wystylizuję przed wyjazdem do pracy. A potem idę spać. Rano rzeczywistość wydaje się już jakaś inna, mniej „wyrafinowana”. Po tym jak wyszykuję ubrania dzieciakom, przygotuję im śniadanie, „ogarnę” ich budzenie, łóżka i dopilnowanie ich porannej toalety, na „dopieszczanie” własnego wizerunku nie mam już ani czasu, ani ochoty… Nakładam szybko to co jest wygodne i w czym będzie mi ciepło. A potem narzucam stary płaszcz, chwytam postrzępioną już rączkę od torebki i wsiadam do mojej starej brudnej „Meganki” (przecież sama nie dam rady jej umyć, a wygospodarowanie 15 minut żeby zajechać na myjnie to cała operacja logistyczna!). Próbuję się nie pobrudzić otwierając drzwi auta, wyjeżdżam na drogę i jednocześnie wracam do rzeczywistości: jestem 35-letnią mamuśką ze wsi i wciąż nie mam czasu i środków na to żeby wyglądać jak młodsza wersja Claudii Schiffer!

W botkach wciąż ukrywam odrapane od lakieru paznokcie u stóp, niewystylizowane pazury dłoni chowam w wełnianych rękawiczkach, a najbardziej wysmakowana elegancja na jaką mnie stać to 12-centymetrowe obcasy – kiedy jestem nieco wyższa, od razu jakby bliżej mi do gwiazd!

Moi Maturzyści przypomnieli mi dzisiaj o sobotniej studniówce – dobrze, że postanowiłam zapowiedzieć im sprawdzian: ratując samych siebie wykrętem o niewielkiej szansy na naukę z powodu weekendowego balu, mnie tym samym ochronili przed kompromitacją w przypadku gdybym zapomniała o ich studniówce i na nią nie przyszła, a potem spaliła się ze wstydu przed nimi, bo przecież musieli zapłacić za mój udział! Cieszę się też, że przypomnieli mi o tym, że czas się trochę ogarnąć, pofarbować siwe odrosty, pomalować paznokcie i kupić jakieś szpilki! Znów „przebiorę się” w elegantkę, będę udawać młodszą, bardziej pewną siebie, pozbawioną kompleksów, bogatszą wersję mnie. Chyba jest mi to potrzebne żeby zachować równowagę – na co dzień jestem przecież zwyczajną wiejską babą, która z uporem maniaka i potem na czole próbuje odgrywać wszystkie swoje role: matki, żony, nauczycielki, blogerki, sportsmenki, kucharki, przyjaciółki, a do tego jeszcze perfekcyjnej pani domu! Często biegam ze szmatą po podłodze w „worku na ziemniaki”, czyli stroju, który najlepiej do mnie, wiejskiej baby, pasuje.

Chyba właśnie zdałam sobie sprawę po co między innymi był mi ten blog – żebym od czasu do czasu mogła wystylizować się na bizneswoman i przenieść swoje wizje przed obiektyw. Na niektórych zdjęciach rzeczywiście wyglądamy z Ewką jak DAMY !!!😂

Ewka:

I znowu zaczął się kolejny nudny dzień mojego życia. Znowu obiecywałam sobie, że wstanę wcześniej, że w samotności wypiję ciepłą kawę i spokojnie obejrze wiadomości, poodpisuję na maile, obczaje wyprzedaże itp. Takie były plany jak się kładłam spać po długiej kąpieli, z wybalsamowaną skórą, ubrana w swoją piżamę, składającą się co prawda z szerokich spodni i koszulki na ramiączkach, ale dającą mi wygodę. Tak najczęściej wyglądam wieczorem. To jedne z moich zestawów ubrań matki siedzącej w domu. Drugi strój to stary dres lub leginsy i bluza, do tego niechlujnie związane włosy. Zazwyczaj nieumyte, bo przecież w planach mam zamiar wcześnie wstać i je umyć. Jest grubo po 9. Moje plany po nocnym wojowaniu z Weroniką legły w gruzach. Obudziłam się po 6 i poszłam dalej spać!!! Kiedy wstałam, jedyną nową rzeczą jaką zobaczyłam był śnieg za oknem. Poza tym nic nowego. Wstałam na górze, ogarnęłam Weronikę, ubrałam strój matki siedzącej w domu, otworzyłam okna, skopałam nocne brudne pampersy na dół, zrobiłam sobie kawę i śniadanie i czekam jak dzień się potoczy. Kawę wypiję być może spokojnie, o ile Weronika nie będzie wymyślała. Jedyną kobiecą rzeczą jaką dla siebie zrobiłam to umycie zębów i pomalowanie rzęs, bo fryzurę nadal mam charakterystyczną dla ,,matki siedzącej w domu”. Jak widać odbiegam od ideału matki, która zawsze wygląda perfekcyjnie. Czasami myślę, że na zdjęciach pozuję na zadbaną, a w rzeczywistości mogłabym innym „matkom siedzącym w domu” pozazdrościć stylu! I choć wiem, że mamy w pełnym makijażu wyglądają pięknie, to ja zawartość mojej kosmetyczki nakładam na siebie tylko na specjalne okazje. Wtedy też zakładam kieckę, a nawet jeżeli z niej zrezygnuję to zakładam szpilki. Mam fioła na punkcie butów. Uwielbiam je. A szpilki, jak wiadomo, dodają kobiecości. Więc od jakiegoś czasu wygodne buty zostawiam w domu, a na wyjścia (nawet te z dziećmi) zakładam obcasy. Trochę bliżej mi wtedy do wizerunku jaki chciałabym sobą zawsze prezentować!

Ten post ma jeden komentarz

  1. Podziwiam Was,że to wszystko ogarnięcie przy dzieciach,jeszcze około 10 lat i będziecie wtedy mogły kreować się na Damy.

Dodaj komentarz

Zamknij

O której kawa?!