„Mój spokój, moja przestrzeń”

Olka:

Są takie chwile, kiedy najpiękniejsze słowo świata brzmi jak wiertło wkręcane w ucho. „Mama!” Każde dziecko akcentuje je inaczej, w zależności od potrzeby. Inaczej brzmi „Mama” kiedy chcą o coś zapytać, inaczej kiedy chcą się przytulić, zupełnie inaczej kiedy chcą się poskarżyć, inaczej kiedy chcą jeść i pić, inaczej kiedy nie wiedzą czego chcą i wołają nas tylko po to żeby pomarudzić. To ostatnie „Mama” jest najgorsze! Każda matka rozpoznaje co oznacza każde „Mama”, bez potrzeby wysłuchania reszty komunikatu. I każda z nas wie, ze są takie „Mama!”, które wywołują w nas drgawki. Ja mam troje dzieci i poza różnorodnością „Mama” narzuconą przez ich konkretne potrzeby, każde z moich dzieci ma też swój własny sposób akcentowania tego wyrazu. Emil akcentuje i przedłuża drugą sylabę, Maciek akcentuje i wydłuża pierwszą, a Natalka zawsze podnosi intonację na przedłużonym końcowym „a”.

Każde „Mama” czasami kocham, czasami nienawidzę. Najgorzej jest wtedy kiedy wszystkie trzy „Mama” nakładają się na siebie, a kiedy jeszcze jest Dominik, mamy całą upiorną orkiestrę.

„Mama” zawsze jest głośna, nawet jeśli stoimy obok. Zauważyłam, że Maciek czasami krzyknie „Mama” zanim jeszcze pomyśli o czym chce mi powiedzieć, wtedy na szybkiego wymyśla temat, a jeśli nie wymyśli, dodaje „nic”. I tak wygląda rozmowa:

Maciek: Mama!

Ja: Słucham?

Maciek: Nic.

 

Poza samym wołaniem nas, one (dzieci) robią też ogromnie dużo hałasu. Uwielbiają mówić jednocześnie, najczęściej włącza im się mówienie wtedy, kiedy ktoś inny mówi. To działa na tej samej zasadzie co ziewanie. Ziewanie następuje na zasadzie domina. Wystarczy, że jedna osoba w pomieszczeniu ziewnie, a zaraz po niej wszystkie inne po kolei ziewają, nawet jeśli wcale nie są śpiący. To samo jest z gadaniem dzieciaków. Wystarczy, ze jedno coś zacznie mówić, od razu włącza się mówienie u pozostałych dzieci, nawet jeśli nic szczególnego nie mają do powiedzenia. A jeśli nie mówią, to przynajmniej naśladują dźwięk samochodu, rakiety, wystrzału broni maszynowej czy dinozaura. Ale zawsze są głośni. Wiele razy zastanawiałam się dlaczego dzieci nie lubią naśladować dźwięku trawy, albo gotującej się zupy. Przecież czasami bawią się w dom, więc trawa jest zawsze przed domem, a zupa zwykle gotuje się w kuchni. Ale oni z domowych dźwięków naśladują najczęściej auto odpalane w garażu, albo wbijanie gwoździa w ścianę. Kiedy byli mali często mówiłam do nich szeptem. Dlaczego się tego nie nauczyli???

 

Do tych wszystkich dźwięków najczęściej dochodzi jeszcze pilnowanie jak najkrótszej odległości między nimi a mną. Kiedy gotuję obiad, a Natalka ze mną rozmawia, nigdy nie siedzi wtedy w jednym miejscu na krześle, tylko chodzi za mną po kuchni, zupełnie jakby była moim osobistym ochroniarzem. Kiedy Ewka przyjdzie na kawę, ta kawa zwykle niemal wylewa się na klocki, którymi bawią się chłopaki, bo oni budując właściwie siedzą nam na kolanach. I muszą się co kilkadziesiąt sekund do nas przytulić. Natalka najchętniej siada obok nas, jest w takim wieku, że rozmowy dorosłych są dla niej bardzo ciekawe, więc nie ma mowy o wyznawaniu sobie tajemnic kiedy ona jest w domu. Nawet Emil, którego pępowina jest najdłuższa, uwielbia co chwilę absorbować nas tym, co akurat zbudował, narysował, przeczytał, lub nawet znalazł w internecie. Dzieci są najbardziej upierdliwe właśnie wtedy, kiedy pijemy kawę.

Dzisiaj próbowałyśmy z Ewką trochę popracować nad szatą graficzną bloga. Po godzinie bezowocnej pracy zrezygnowałyśmy. Mimo, ze nie było Weroniki, która została w domu z Patrykiem, pozostałe dzieci nie pozwoliły nam nic zrobić. Właściwie nawet kawy nie wypiłyśmy. W przerwie pomiędzy przenoszeniem ich zabawek, odpowiadaniem na ich pytania, szukaniem zagubionych książek, podawaniem im jedzenia i picia, przytulaniem, czy chwaleniem ich twórczości, udało nam się włączyć komputer.

 

 

Dodaj komentarz

Zamknij

O której kawa?!