Na zdrowie !

Na zdrowie !

To będzie dłuuugi wpis, taki na DUŻĄ poranną sobotnią kawę. Ale warto jednak go poczytać!!! Być może kogoś zmotywuje aby właśnie dziś zadbać o swoje dobre samopoczucie na codzień? Najpierw jednak ustalmy jedną rzecz: nasz blog jest odzwierciedleniem naszych doświadczeń, NIE JEST PORADNIKIEM i nie chcemy, żeby był tak odbierany. Cokolwiek przeczytasz w dalszej części posta, weź poprawkę na to, że to tylko świat malowany naszymi farbami, które wcale nie muszą Ci się podobać. Nie mądrujemy się, że wiemy lepiej, piszemy o sobie, o tym jak my radziłyśmy sobie w sytuacjach, które jednak wszystkie przeżywamy. Jest jednak prawda, którą nie my, lecz mądrzejsi od nas definiowali – nie wygląd, lecz zdrowie jest najważniejsze. Dlatego decyzja o rozpoczęciu diety, czy aktywności fizycznej powinna być motywowana chęcią poprawy jakości życia i utrzymaniu zdrowia, a nie utratą kilogramów. Szczuplejsza sylwetka to tylko bardzo przyjemny efekt uboczny zdrowego stylu życia 😉 Właściwie waga łazienkowa jest absolutnie zbędnym gadżetem! I nie każda z nas musi być szczupła, wystarczy by była szczęśliwa! Poza tym mięśnie są cięższe od tłuszczu

Olka

Nie zostałam matką po to żeby mieć usprawiedliwienie dla obżarstwa i siedzenia przed telewizorem. Dlatego do szału doprowadzały mnie komentarze w stylu: „Jak na trójkę dzieci, to świetnie wyglądasz”. To niby jak powinna wyglądać matka trójki dzieci?!?! Ludziom wydawało się, ze jest mi miło, a ja się zastanawiałam gdzie do cholery jest napisane, ze matka trójki dzieci ma wyglądać źle? Niby dlaczego? W ciąży tyjesz, to normalne. Ja za każdym razem zyskiwałam dodatkowe 20 kg. Tak już jest, nie mamy na to wpływu ile przytyjemy oczekując dziecka. Ja się nie opychałam bułkami i słodyczami, nie siedziałam w miejscu, dużo chodziłam, starałam się ćwiczyć. Ale kilogramów i tak przybywało. To jest sprawa indywidualnych predyspozycji. Moja babka tak miała, jej matka pewnie też. Moja mama też tyła w ciąży.  Ale po porodzie trzeba wrócić do formy. Miałam to szczęście, że byłam zdrowa, więc nic mi nie przeszkadzało w normalnym funkcjonowaniu. Nie zapisywałam się na siłownię, nie miałam osobistego trenera. Mało myślałam wtedy o jakichkolwiek ćwiczeniach, dzieci nie schodziły mi z rąk. Ale poruszałam się i jadłam. Zdrowo jadłam. Karmiłam piersią, więc to oczywiste, że nie wpieprzałam codziennie pizzy i kebeba. Tym bardziej nie popijałam posiłków coca colą. Az tyle i tylko tyle. Wracałam do swojej wagi sprzed ciąży średnio po dwóch miesiącach. Z Ewką było tak samo. Ani przez chwilę nie była gruba. Uważam, że to jak wyglądasz po urodzeniu dziecka, jeśli wykluczyć uwarunkowania zdrowotne, jest kwestią twojego wyboru. Oczywiście brzuszek potrzebuje kilku tygodni zanim przestanie odstawać, przez pierwsze dwa-trzy tygodnie zwykle nie widać było, ze już urodziłyśmy. Kiedyś nawet pani w sklepie, myślę, że tydzień po moim porodzie, rozbawiła mnie pytaniem „ile jeszcze będę się kulać?”. Strasznie się zaczerwieniła kiedy odpowiedziałam, ze dziecko już jest na świecie. Ja się serdecznie uśmiechnęłam, przecież nie miałam powodu żeby się obrażać. Pytała z czystej ciekawości.

Kilka miesięcy po ostatnim porodzie zauważyłam, ze moje ciało nie wygląda już jak dawniej. Na początku nawet planowałam się z tym pogodzić, zostawiając wolną rękę grawitacji. Nie dawała mi jednak spokoju myśl, że w wieku 30 lat mam przestać być atrakcyjna. Miałam męża, który chciał mieć piękną, pewną siebie i szczęśliwa żonę. Dzieci, które brały ze mnie przykład. I miałam w głowie wyobrażenia o tym jak chciałam wyglądać i jak chciałam się czuć. Wtedy postanowiłam podjąć walkę z czasem i grawitacją. Wcale nie byłam na przegranej pozycji. Kobiety mają w sobie moc, która pozwala im urodzić dziecko siłami natury. Codzienne treningi to przy tym pestka. I tak się zaczęła moja przemiana, która trwa nieustannie od dwóch lat. Mój pierwszy trening dziś oceniam jako przełom w życiu. To był nowy początek. Coś jak przejście na jasną stronę mocy 🙂

Ewka

W moim związku nie ma czegoś takiego jak przywiązywanie uwagi do wyglądu czy figury. Z Patrykiem mam o tyle trudniej, że on nie potrafi skrytykować mojego wyglądu. Dla niego zawsze jest ok. Ja z kolei się nie szczypie i dla bliskich mi osób jestem szczera. Gdy widzę, że się zmienia na niekorzyść to mu to mówię codziennie i bez przerwy. To taka moja metoda negatywnej motywacji.

Ja z sylwetką nie miałam nigdy większego problemu. Raz wyglądałam lepiej, a raz troszkę gorzej. Była to raczej kwestia najwyżej dwóch kilogramów. Nigdy też zdrowo się nie odżywiałam. Nie miałam nic przeciwko ‚fastoodom’, pierogom, placuszkom itp. Pierwsza ciąża to +15kg. Dość szybko waga pokazywała to, co chciałam widzieć. Jednak wymagało to trochę wysiłku. Wysiłku, na który sama nie miałam szczególnie ochoty, bo planowałam drugie dziecko, ale Olka nie pozwoliła mi siedzieć bezczynnie…

Po urodzeniu Dominika moje i Olki ,,kawki” przybrały postać słownych treningów. Olka wpadła w szał ćwiczeń, zdrowego odżywiana. Ach ta telewizja i wmawianie nam wszystkim, że musimy być chude, bo inaczej to się nie liczymy. I tak Olka, która po dwóch pierwszych porodach nic z sobą nie robiła, a na ćwiczenia zdecydowała się dopiero 3 lata po ostatnim porodzie, zaczęła namawiać do treningów wszystkich dokoła. Miałam wrażenie, że najbardziej wymagała tego ode mnie. Ja byłam rok po porodzie, po ‚cesarce’ i naprawdę miałam gdzieś ćwiczenia, bo dziecko zajmowało mój cały czas. Nie wymagałam też tego od siebie, bo wyglądałam ,,normalnie”, trochę więcej tu trochę mniej tam Faktycznie Olka była pełna energii, ale każda kawa dotyczyła jednego tematu – ćwiczenia!!!!!!!!!! Przez chwilę miałam dosyć. Olka dowie się o tym pewnie dopiero kiedy to przeczyta. Ona potrafiła ćwiczyć na imprezie, na plaży, no wszędzie. Nie raz było to wręcz irytujące, no ale przecież nic złego nie robiła. To jej ciągłe gadanie nawet w pewnym momencie zaczęło mnie bardzo motywować i również zaczęłam swoją przygodę z ćwiczeniami. Nie byłam tak systematyczna jak ona, ale się starałam. I w końcu temat ćwiczeń przy kawie mnie nie denerwował. Wręcz przeciwnie- obie mogłyśmy pochwalić się swoimi wyczynami.

Ćwiczenia, bieganie. Co na to Patryk? Na szczęście nie miał nic przeciwko. No może chwilami, kiedy musiał zająć się Dominikiem. W pewnym momencie nie podobało mu się, że zmieniała się moja twarz, wysmukliła się. Mówił, że jestem za chuda. Komentował ,,zobacz jak wydłużył Ci się nos”  dobrze, ze cycków nie komentował, bo nie dość, że karmienie zrobiło swoje, to ćwiczenia również przyczyniły się do tego, że zmalały ;( Dla mnie to też był wielki ból.

Teraz, cztery miesiące po drugim porodzie, mój powrót do formy w końcu stał się możliwy. Mimo tego, że nadal większość czasu spędzam z Małą na rękach (a kiedy ona śpi to zajmuję się Dominikiem, ‚ogarniam, albo po prostu siedzę i piję kawę), popołudniami jak Patryk jest w domu mogę poświęcić trochę czasu dla siebie. Póki co odbyłam swoje pierwsze treningi i nie zamierzam z nich zrezygnować

Olka

Tutaj mogę się trochę popisać. Wcale nie po to by chwalić się tym jaka jestem zawzięta, jak wyrzeźbiłam swoje ciało, czy ile kilogramów mi ubyło. Przeszłam długą i trudną drogę do miejsca, w którym jestem teraz. Zmagałam się w ciągu ostatnich dwóch lat treningów z wieloma rzeczami, paradoksalnie najmniej z wysiłkiem fizycznym…

Ale wróćmy do początku.

Mój pierwszy trening został zainspirowany postem na facebooku, wrzuconym przez Ewę Chodakowską. Dziś mogę szczerze powiedzieć, ze kocham tą kobietę, bo jest współautorką wielu pozytywnych zmian w moim życiu. Uległam jej pozytywnej motywacji i postanowiłam wykonać kilka proponowanych przez nią ćwiczeń. Była wiosna, pierwszy trening odbyłam w ogrodzie. Wcale nie wydał mi się trudny, nie zdążyłam się nawet spocić, ale wszystkie ćwiczenia trwały niespełna 20 minut. To była idealna strategia. Poczucie, że mogę ćwiczyć nie męcząc się zbytnio, zmotywowało mnie do drugiego treningu, potem trzeciego, czwartego… Po pierwszym tygodniu codziennych ćwiczeń już czułam się szczuplejsza o kilka kilogramów, 50 procent szczęśliwsza, zwinniejsza niż kiedykolwiek. Nastąpił efekt WOW. Oczywiście wcale nie schudłam, a wszystkie mięśnie bolały mnie tak, że ledwo mogłam chodzić, ale mój mózg jakby tego nie przyjmował do wiadomości. Byłam z siebie ogromnie dumna! Wytrwałam tydzień, więc nie mogłam zrezygnować. Po dwóch tygodniach pomyślałam, że wytrzymam raczej cały miesiąc. Po miesiącu szkoda mi już było rezygnować, więc ćwiczyłam dalej. Wydłużyłam treningi do trzydziestu minut, potem do czterdziestu pięciu. Zgrałam na dysk komputera kilka różnych programów (internet to prawdziwy skarbiec dla takich „freaków” fitnessu jak ja) i żeby mi się nie znudziło, codziennie robiłam inny zestaw. Ale wrócę do tych pierwszych dwóch tygodni…

Motywacja była ogromna. Chciałam wszystkim dookoła udowodnić, że jestem wytrwała, że to nie mój kaprys, tylko naprawdę chcę poprawić jakość swojego życia, że mogę być znów piękna i młoda… Byłam tak nakręcona, że każda przeszkoda w odbyciu treningu mogła wywołać u mnie niekontrolowaną agresję. Zdawałam sobie z tego sprawę, dlatego nie odpuszczałam. Byłam zła jeśli goście przeciągali u nas wieczorną wizytę, bałam się, ze nie zdołam poćwiczyć, bo będzie za późno. Więc żeby nikogo nie wyganiać (było coraz cieplej, wizyty znajomych coraz bardziej się wydłużały), przepraszałam ich grzecznie i odchodziłam na kilkanaście minut na bok żeby poćwiczyć. Moich znajomych zaczęło to drażnić. Wyczuwałam coraz bardziej napięte wibracje. Bolało mnie to, bo nie potrafiłam zrozumieć dlaczego zamiast cieszyć się razem ze mną, oni coraz bardziej się do mnie dystansowali z powodu tych kilkunastu minut, które dedykowałam wyłącznie sobie. Podczas spotkań z Ewką rozmowy kręciły się przede wszystkim wokół moich treningów. Duma mnie rozpierała, poziom mojego zadowolenia był chyba tak wysoki, że zasłaniał mi możliwość krytycznego spojrzenia na to jak się zachowuję. Faktycznie mówiłam tylko o tym, myślałam tylko o tym, żyłam tym. Ewka znosiła to ze spokojem, nigdy nie pokazała poirytowania. Nie wiem czy z grzeczności, czy ze strachu, że się obrażę.

Po około miesiącu sama miałam już siebie dosyć. Przeprosiłam nawet Ewkę za moje wcześniejsze zachowanie, uspokajając, ze przeszłam pierwszą euforię, oraz że teraz już będzie spokojniej. Faktycznie, z upływem czasu moje emocje opadały. Na szczęście chęć do codziennych ćwiczeń nie zniknęła, optymizm jaki dawały też utrzymał się na wysokim poziomie. Dowiedziałam się też ile zrozumienia mogę oczekiwać od niektórych znajomych, uporządkowałam ich wcześniej bezkrytyczny obraz w moich oczach. Piszę to beż żalu, to jedynie moje głębokie przemyślenia, nie wpłynęło to mocno na moje relacje z otoczeniem. Ale czegoś chyba jednak się dzięki temu nauczyłam.

Ewka zdała ten test na piątkę 🙂

Lekko nie miał też mój mąż. Ćwiczenia od początku pochłaniały ogromne ilości mojej energii, dodatkowo dostarczały mi tyle hormonów szczęścia, ze przez pewien czas klimaty ‚łóżkowe’ dosłownie przestały mnie interesować. A ponieważ trwało to grubo ponad miesiąc, Marcin zaczął podejrzewać, że znalazłam sobie kochanka 🙂 🙂 🙂 Miałam wrażenie, że im bardziej zmienia się moje ciało, tym mniej mu się to wszystko podoba. Pewnego dnia wprost zapytałam czy wolałby żebym była gruba. Wtedy mój mąż uświadomił mi, że kompletnie przestałam zwracać na niego uwagę. Zrozumiałam co jest najważniejsze. Taki zimny prysznic. Szczęściem należy się dzielić, a nie chwalić. Ja oczekiwałam od niego zachwytu nad moim nowym, lepszym wyglądem, a on po prostu chciał żebym „wróciła”.

Dziś wiem,że to co się ze mną wtedy działo, było naturalną reakcja na ekscytującą zmianę. To samo dzieje się z prawie każdą dziewczyną, która przechodzi na dietę. Moja mama miała to samo kiedy zaczęła uczyć się angielskiego grubo po pięćdziesiątce, ha ha. Myślę, że to ten sam mechanizm, jaki towarzyszy zakochaniu, czy przeprowadzce do nowego domu. Kiedy życie zmienia się na lepsze, nie myślimy o niczym innym 🙂 🙂 🙂

Po tym pierwszym trudnym miesiącu, było już tylko lepiej. Z czasem moi domownicy przyzwyczaili się do mojego skakania, sapania i pocenia, do maty w salonie, hantli w sypialni, stepera na balkonie. Na pierwszą od czasu rozpoczęcia moich treningów Gwiazdkę zostałam obdarowana WYŁĄCZNIE fitness prezentami, co świadczy o tym, że moi bliscy zaakceptowali moje nowe hobby i zrozumieli ile daje mi szczęścia. Dziś przyjmują to za normę, dzieciaki mają okazję na mnie pokrzyczeć za robienie bałaganu (często ćwiczę u Emila w pokoju, on ma duże lustro i dużo miejsca, prawie jak na siłowni ;)) Mój syn lubi mnie w wydaniu sportowym. Niedawno w jednym z zadań testu z języka polskiego napisał o mnie : „Mama lubi dużo biegać i jest wysportowana”. Skoro o tym pisze, to wierzę, ze jest z takiej mamy dumny!

Dla mnie codzienny trening przestał już dawno być czymś nadzwyczajnym, stał się oczywistym punktem każdego dnia. Przy czym postępując zgodnie z moją filozofią, która zakłada, że wszystko w życiu należy robić tak, by było nam wygodnie, nie katuję się godzinnym cardio jeśli jestem zmęczona, lub mam mało czasu. Potrafię zamienić 45-minutowy trening na ‚6-cio minutówkę’ Chodakowskiej. A jeśli jest taka potrzeba, potrafię zupełnie odpuścić i zrobić sobie ‚day off’. Potrafię też zrobić trening o 1.00 w nocy, jeśli mam siłę i czuję, że będę się dzięki temu czuła lepiej. Jednak takich późnych treningów nie polecam- nie sposób po nich zasnąć do rana!

Na koniec jeszcze jedna ważna dobra wiadomość. Żeby ćwiczyć, nie potrzeba pieniędzy! To jedna z tych rzeczy, które są jednakowo dostępne dla bardzo bogatych i bardzo „biednych”. W cudzysłowie, bo ktoś kto decyduje się na ćwiczenia, jest w pewnym sensie bogaty chociażby w silną wolę. Nie trzeba chodzić na siłownie, ani zatrudniać osobistego trenera. Nie potrzebujemy markowych ubrań do ćwiczeń (ja sama często ćwiczę w majtkach i podkoszulce). Wystarczy dostęp do internetu, pełen jest darmowych programów treningowych. A nawet bez internetu, nikt nie potrzebuje przecież instrukcji do biegania. Warto odrzucić wymówki na bok i zrobić coś absolutnie dla siebie!

W zdrowym ciele, naprawdę zdrowy i baaardzo szczęśliwy duch!

Dodaj komentarz

Zamknij

O której kawa?!