Greckie Ateny, zamiast polskiej Krety… ;-)

Greckie Ateny, zamiast polskiej Krety… ;-)

Od naszego przyjazdu z Grecji minęło już dobrych kilka dni i dopiero teraz mogę wziąć się za obiektywną relację z podróży. Odwołanie przez Ryanair naszego lotu do Polski i wymuszone dwa kolejne dni wakacji mocno zakłóciły moje pozytywne wrażenia, dlatego wolałam odczekać jakiś czas zanim podzielę się z Wami wrażeniami…. A więc od początku….

Spakowaliśmy sie w cztery niezbyt duże torby, z czego jedna niemal cała mieściła wszystkie moje stroje kąpielowe – zaszalałam, zabrałam inny  na każdy dzień 😉 Dobrze, że nie spodziewałam sie odwołania lotu i tych dodatkowych dwóch dni na plaży – nie zapięłabym tej torby wcale!

„Na dziko”, zamiast wczasów all inclusive…

Nie ukrywam, że przeszukałam oferty all inclusive. Niestety, w przypadku naszej pięcioosobowej rodziny koszt takich wakacji jest kosmiczny. To był główny powód, dla którego zdecydowaliśmy się na wyjazd na własną rękę. Najpierw znalazłam tanie loty do Aten, kiedy znałam już terminy lotów, zaczęłam szukać domu w okolicy. Nie było z tym problemu – domów wakacyjnych pod wynajem jest mnóstwo, do tego portale takie jak booking.com, czy casamundo.com bardzo pomagają w dokonaniu rezerwacji i dają pewność bezpiecznej transakcji. Taki rodzaj podróżowania daje poczucie prawdziwej przygody, na co dowodem jest nasz „city break”, a zwłaszcza jego niespodziewane zakończenie….

Wybór destynacji

Dlaczego zdecydowałam się na podróż do Grecji kontynentalnej? Po pierwsze, znalazłam bilety lotnicze do Aten w atrakcyjnej cenie, o jakiej nie było mowy w przypadku lotu na wyspy. Po drugie, moim marzeniem było poczuć klimat prawdziwej Grecji, poznać Greków, zatopić się w ich kulturze, a nie spędzić tydzień na obczyźnie w otoczeniu Polaków. Zależało mi na tym by dzieci doświadczyły możliwości komunikowania się w obcym języku, oraz poznały styl życia, zwyczaje Greków. Po trzecie, NIE ZNOSZĘ zatłoczonych kurortów i pełnych turystów ulic, uwielbiam puste plaże i pełną swobodę podczas wypoczynku. Poczytałam trochę przed wyborem miejsca i dowiedziałam się, że greckie wybrzeże kontynentalne jest równie atrakcyjne co te na wyspach, a jednak jest znacznie mniej odwiedzane przez wczasowiczów. Do wyboru miałam regiony Peloponez, Grecji Zachodniej, półwysep Chalkidiki, lub rejon Attyki ze stolicą w Atenach. Ponieważ zależało mi na tym, by była to również podróż edukacyjna i chciałam zobaczyć jak najwięcej zabytków, wybór padł na Ateny. Dodatkowo, Attyka jest krainą historyczną o gorącym klimacie nad Morzem Egejskim, gdzie w odróżnieniu od większej części kontynentalnego wybrzeża, znajdują się piaszczyste plaże.

A ponieważ zakwaterowanie w Atenach (ze względu na możliwe tłumy) nie wchodziło w grę, zaczęłam szukać atrakcyjnego miejsca na przedmieściach stolicy. I tak znalazłam uroczy dom w Artemidzie, znanej również jako Loutsa.

Lot tanimi liniami…

Poza problemami z przylotem do kraju (o tym nieco później), nie mam się do czego przyczepić. Lot Ryanairem do Aten był krótki i przyjemny, tylko lądowanie mogłoby być łagodniejsze. Mieliśmy przez całą podróż bezchmurne niebo i mogliśmy podziwiać z okna widoki. W drugą stronę było już troche gorzej, liczne turbulencje i samolot pełen płaczących niemowląt. Mimo to – nasze dzieci, jak się okazało, znoszą loty o stokroć lepiej niż jazdę samochodem. Wszystkie mają choroby lokomocyjne, a loty przetrwali bez najmniejszych problemów! Nie byli specjalnie zainteresowani widokami. Z obawy przed możliwymi kłopotami z samopoczuciem, o których się naczytaliśmy przed wyjazdem, pozwoliliśmy im wziąć na pokład komórki i słuchawki i chyba to sprawiło, że lot wydawał się im za mało atrakcyjny by sie nim zachwycać, a przynajmniej nie tak ciekawy jak gry…

Pierwsze zaskoczenie – brak problemu z komunikacją!

I chodzi mi zarówno o komunikację miejską, jak i komunikowanie się z Grekami. Połączenia między Atenami a pobliskimi miejscowościami są wprost fantastyczne!

Autobusy łączące lotnisko z Rafiną (przez Artemidę) kursują co godzinę, natomiast na trasie centrum Aten – Artemida co kilka minut jeżdżą miejskie autobusy, więc właściwie nigdy nie trzeba zbyt długo czekać na przystankach, które dodatkowo rozmieszczone są w dość krótkiej odległości od siebie. Nie było więc potrzeby wynajmować samochodu, po Atenach, Artemidzie i Rafinie poruszaliśmy się autobusami i metrem.

Jeśli chodzi o komunikację z mieszkańcami, tutaj znów nie było problemu – prawie każdy mówi lepiej lub gorzej po angielsku, zwłaszcza młodzież.

Druga niespodzianka – niesamowicie otwarci, pomocni, opiekuńczy Grecy! Słyszałam o greckiej uprzejmości, ale nie spodziewaliśmy się aż tak gorącego powitania.

Po pierwsze, nasi gospodarze, Kristina, Konstantin i ich syn Jon, powitali nas bardzo ciepło. Poza tym, podczas całego pobytu nie spotkaliśmy się z ani jednym niemiłym zachowaniem ze strony Greków. Wręcz przeciwnie – zawsze chętnie udzielali nam porad, informacji, wykazywali zainteresowanie, pomagali w tłumaczeniu greckiego alfabetu (tego baliśmy się najbardziej), uśmiechali się, w autobusach starali się udostępniać dzieciom miejsca. Inna sprawa, że nas brali za Serbów, lub Rosjan, a kiedy mówiliśmy, że jesteśmy z Polski chyba nie bardzo kojarzyli co to za kraj… co było dla nas zaskakujące, biorąc pod uwagę ilość Polaków na greckich wyspach. W Atenach i Artemidzie Polaków jednak nie ma prawie wcale, spotkaliśmy podczas naszego pobytu tylko jedną polsko-angielską rodzinę, w Atenach najwyżej dwa razy słyszałam polski język na Akropolu. Mimo to czuliśmy się tam jak u siebie, luźne greckie usposobienie, brak pośpiechu, bardzo się nam udzielały, do dziś mam wrażenie, że jestem bardziej rozleniwiona niż przed wyjazdem, haha.

Zakwaterowanie – tanio, czysto, wygodnie!

W domu na powitanie czekały na nas przekąski, napoje, wino, słodycze dla dzieci, a nawet chleb, masło i dżemy (zaznaczę, że było to zakwaterowanie BEZ WYŻYWIENIA), w lodówce kilka butelek schłodzonej wody, przy ekspresie kawa, słodziki, herbata. Choć Artemida House oglądaliśmy wcześniej na zdjęciach, w rzeczywistości dom okazał się większy i ładniejszy niż oczekiwaliśmy. Mieliśmy do dyspozycji 120 metrów (dużą kuchnię z jadalnią i salonem, dwie sypialnie, dodatkowy pokój dzienny i dwie łazienki), czyli całe środkowe piętro trzykondygnacyjnego budynku, z tarasem ciągnącym się wokół całego mieszkania. Wyjścia na taras z każdego pomieszczenia (poza łazienkami). Kuchnia i łazienki były w pełni wyposażone, jak w domu. Nie musieliśmy kupować kosmetyków, ani opakowań do żywności. Dom pachniał czystością.

Jedynie okolica wydawała się mało malownicza – pomimo widoku na morze i góry, trochę (zwłaszcza w nocy) przeszkadzał nam ruch uliczny, oraz samoloty lądujace i startujące z pobliskiego lotniska w Atenach. Grecy nie przestrzegają przepisów ruchu drogowego, pisk opon słychać dość często, tu nikt nie jeździ powoli, nawet na wąskich uliczkach osiedlowych.

Poza tym przydomowe ogródki aż proszą się to by ktoś się nimi zajął! Choć klimat dla kolorowych kwiatów i cytrusów jest idealny, raczej mało kto zajmuje się ogrodem. Zabudowa byłaby również ciekawa, gdyby domy były zadbane i… wykończone! Jedynie na krańcach miasteczka wyczuwało się klimat wakacyjnej riviery, centrum natomiast sprawiało wrażenie miejsca mało zadbanego. Oczywiści wszystko zależy od nastawienia – dla mnie – urodzonej optymistki – wszystko wydawało się nowe, ciekawe, fascynujące, ale już dla Emila – „syf, brud i nuda”. Dopiero na plaży zaczęło mu się podobać. On jednak do końca najlepiej czuł się w naszym greckim domu…

Ateny i Akropol

Drugiego dnia naszego pobytu, wybraliśmy się do Aten miejskim aurobusem. Ateny przypominają trochę Miami sprzed 30-40 lat – palmy, żółte taksówki i charakterystyczna zabudowa. Nie wiem skąd te skojarzenia, być może ze starych amerykańskich seriali. Raczej brakuje w Atenach wierzowców, ale jadąc w ich kierunku autobusem można podziwiać malowniczo wyglądające domy na zboczach wzgórz i góry Imitos.

Niestety, upał dał się dzieciakom szybko we znaki, co sprawiło, że nasza wycieczka na Akropol była prawdziwym koszmarem. Ciągłe marudzenie, jęki, kompletny brak zainteresowania skarbami archeologicznymi kiedy wreszcie dotarliśmy na szczyt Akropolu! Tylko ja miałam ochotę podziwiać Partenon, świątynie Ateny, czy teatr Dionizosa – niestaty, nie było mi dane zbyt długo nacieszyć się widokami, bo moja rodzinka postanowiła opuścić piekący Akropol ateński zaraz po tym jak weszli na jego szczyt. Nawet nie miałam czasu zachwycić się pięknym widokiem na miasto ze wzgórza… 🙁

Wolałam nie ryzykować samotnym zwiedzaniem wśród tłumu turystów z całego świata, więc grzecznie zeszłam z nimi 🙁 🙁 🙁 Po powrocie do domu przestaliśmy wszyscy ze soba rozmawiać i musieliśmy pójść każde do innego pokoju na jakiś czas żeby złość nam minęła! Na pewno wrócę jednak w to miejsce, bo jest tam co oglądać. Nie udało mi się również wejść do Muzeum Akropolu, więc mam po co wracać do greckiej stolicy. Zdecydowanie jednak zalecam zwiedzanie Akropolu jesienią, w letnim upale faktycznie trudno tam wytrzymać.

Po Atenach można się swobodnie poruszać metrem lub autobusem, bilety nie są drogie, stacje metra dobrze oznaczone. Brak jest rozkładów jazdy na przystankach autobusowych, ale to nie problem – trasy można wybadać w internecie (wszędzie bez problemu połączycie się z wi-fi), a długiego oczekiwania na autobus nie trzeba się obawiać – jeżdżą naprawdę często. Do tego ateńczycy chętnie służą pomocą 🙂

Rafina  i Port

W dzień przed planowanym odlotem wybraliśmy się również autokarem do portu w Rafinie. To drugi co do wielkości port w tym regionie (największy jest Pireus). Sam port nas jednak szczególnie nie zachwycił. Do tego znów musieliśmy się zmagać z marudzeniem dzieciaków (upał, ból głowy, ruszający się ząb…) Odwiedziliśmy tam jedynie Kaplicę Św. Nikolasa, która jest malowniczo umiejscowiona nad portem i tuż nad piękną skalistą dziką plażą, do której z resztą zaprowadził nas przypadkowo spotkany na ulicy młody Grek. Za swoją pomoc niczego od nas nie chciał, po „wypełnieniu” swojej dobrowolnej usługi, po prostu uprzejmie się pożegnał i życzył miłego dnia 🙂

Rafina jest nieco ładniejszym miasteczkiem od Artemidy, widać tu większą staranność w dbałości o wygląd ulic i domów.

Plaże

Nie byliśmy na plaży miejskiej w Atenach, więc tego opisać wam nie mogę. Ale w samej naszej Artemidzie jest kilka publicznych plaż i całe mnóstwo dzikich. Te publiczne są albo skaliste, albo piaszczyste z kamienistym dnem morza, albo w pełni piaszczyste. Zaskoczyło mnie to, że tutejsi mieszkańcy nie mają problemu z tym żeby rozkładać swoje ręczniki na skałach, a dzieciaki skaczą z tych skał do wody z taką naturalnością jakby zjeżdżały na zjeżdżalni!

My jednak woleliśmy wypoczywać na dużej piaszczystej plaży. Woda była dość ciepła, około 20-25 stopni (zależnie od dnia), ale przede wszystkim mocno zasolona i krystalicznie czysta, co sprawiało, że pływanie wydawało się bezpieczne i bardzo przyjemne. Niestety, z całej naszej piątki jestem jedyną osobą, która uważa pływanie za frajdę, więc samotnie pokonywałam dość duże odległości na głębokościach, reszta bawiłą się raczej przy brzegu. Na szczęście przy naszej ulubionej plaży płycizna była dość szeroka, więc chłopaki mogli ponurkować bezpiecznie i nawet Maciek (co zwykle się nie zdarza) spędzał długie godziny w wodzie. Natalia wolała jednak leżeć pod parasolem i delektować się zimną lemoniadą. Plaża nigdy nie była pełna, pojechaliśmy przed sezonem, więc bywało, że dużą jej część mieliśmy tylko dla siebie 🙂 Dzięki temu, że na parterze naszego domu mieszkali właściciele, udało nam sie też dwa razy wyjść z Marcinem na romantyczny spacer we dwoje, a dzieci bezpiecznie spędziły ten czas w domu:-)

 

Jedzenie

W domu mieliśmy do dyspozycji dużą wygodną kuchnię, jednak nie bawiłam się w gotowanie. Musieliśmy przecież wypróbować lokalnych greckich potraw. W Artemidzie pełno jest tawern wzdłuż linii brzegowej. My upatrzyliśmy sobie jedną, którą odwiedzaliśmy codziennie, więc do końca pobytu zdążyliśmy się zaprzyjaźnić z załogą ;). Oczywiście w naszym menu obiadowym przeważały ryby i owoce morza, przede wszystkim sardynki (najpopularniejsza ryba wyławiana z Morza Egejskiego), których pod koniec mieliśmy już dosyć! Delektowałam się grecką musaką i sałatkami. Dzieciaki częściej wybierały szaszłyki, makarony, nuggetsy lub pizzę. Ale cokolwiek byśmy nie zamówili, greckie dania zawsze były pyszne! Do tego grecka gościnność sprawia, że zanim otrzymacie danie główne, zdążycie się najeść przystawkami serwowanymi za darmo (paluszki sezamowe, chleb ziołowy z masłem paprykowym), napić darmowym Ouzo, czyli greckim alkoholem anyżowym, a po obfitym daniu głównym, otrzymacie darmowy deser jaki sobie tylko wybierzecie. Raz byliśmy już tak pełni, że podziękowaliśmy za deser – ku naszemu zaskoczeniu, kelnerka przyniosła nam mimo wszystko lampkę Sangrii (dla mnie), a dla Marcina jego ulubionego Amstela (holenderskie, nie grecki piwo, ale bardzo tam popularne). Dzieciakom smakowały greckie lody i granita.

Brakowało mi tradycyjnego świeżego chleba na śniadanie, w sklepach raczej dominuje pita we wszystkich odmianach.

Ceny

Grecja jest w strefie euro, więc wiadomo, że ceny są nieco wyższe niż w Polsce, ale nieznacznie. Tania jest kawa i woda, oraz owoce i warzywa. Drogie – kosmetyki i mięsa. Obiad w restauracji również kosztuje więcej, nawet dwukrotnie niż w Polsce, ale porcje są bardzo obfite (za każdym razem zostawialiśmy pół porcji na talerzach, a kelnerzy nigdy nie pozwolili by jedzenie się zmarnowało – nie pozwolili nam wyjść z tawerny bez zapakowania naszych „resztek” w termiczne pojemniki, a następnego dnia pytali, czy na pewno je dojedliśmy i czy smakowało, haha), a przystawki i desery darmowe, więc nie odważyłabym się krytykować cen menu.

Jeśli chodzi o przemieszczanie się po Atenach i okolicach, bilet 90-minutowy na wszystkie przewozy miejskie (autobusy, tramwaje i metro) kosztuje 1,40 euro, jedynie autokary z lotniska są droże (2-4 euro, w zależności od miejsca wysiadki). Podczas pobytu w Grecji wydaliśmy około 2,5 tys. złotych i gdyby nie nasze problemy z odwołanym lotem, mogłabym uznać, że były to tanie wakacje….

Uziemieni na dwa kolejne dni

…Niestety, a może i stety (zależy dla kogo i zależy od finału całej sprawy), naszą radość z greckich wakacji zepsuł odwołany lot do domu, który zmusił nas do pozostania w Atenach na kolejne dwa dni. A takie przedłużone wakacje wcale nie cieszą. Ryanair nie ma przedstawiciela na ateńskim lotnisku, my nie byliśmy na wycieczce zorganizowanej, dlatego na wygodny opłacony pobyt nie mieliśmy co liczyć. Musieliśmy wyłożyć dodatkowe pieniądze z własnej kieszeni, a teraz czekać na decyzję w sprawie zwrotu kosztów i ewentualnego odszkodowania. Wciąż nie mamy pewności czy wydane pieniądze odzyskamy, a wydaliśmy ich w ciągu tych dwóch dodatkowych dni naprawdę dużo. Sam transfer pomiędzy Warszawą (gdzie przylecieliśmy z Aten) a Poznaniem (gdzie powinniśmy byli pierwotnie dolecieć i gdzie stał nasz samochód) kosztował nas prawie 1tys. zł, do tego koszty noclegu (na szczęście nasz dom w Artemidzie był wolny i mogliśmy wrócić w to samo miejsce) już po cenach wysokiego sezonu i koszty wyżywienia, mocno utrudniały nam radość z tych dodatkowych dwóch dni na plaży.

Porady na koniec:

Pomimo problemów z odlotem, szczerze polecam takie wakacje „na dziko”. Można dzięki temu poznać zwyczaje mieszkańców, poczuć prawdziwy grecki klimat, skosztować lokalnej kuchni. Taki wyjazd jest też dużo tańszy niż wczasy hotelowe all inclusive (niestety, pięcioosobowa rodzina ma małe szanse na wspólny wyjazd w super taniej ofercie last minute).

Jeśli jednak zdecydujecie się na ten rodzaj podróżowania z dziećmi, koniecznie przygotujcie się na ewentualne niespodziewane koszty. Na lotnisku widzieliśmy wiele osób, które po powrocie z ich wakacji nie miały już własnych środków finansowych i byli skazani na przyjęcie oferty zastępczej, jaką zaproponowało im lotnisko. A ta była już mało optymistyczna dla większości podróżnych z naszego samolotu: loty po dwóch, trzech dniach przez Rzym, Zagrzeb, czy Brukselę do Monachium, Pragi, lub przy szczęśliwych wiatrach do Krakowa. Do tego małe szanse na wspólny transfer, widzieliśmy małżonków, z których każde wracało do kraju innym samolotem i w innym terminie. My mieliśmy to szczęście, że bilety lotnicze kupowaliśmy za pośrednictwem firmy eSky i to oni sprawnie przebookowali nam bilety na bezpośredni i przede wszystkim WSPÓLNY dla całej naszej piątki lot do kraju.

Bądźcie gotowi na niespodziewane zmiany w planie podróży. My nie wzięliśmy tego pod uwagę i nasze dzieciaki to opóźnienie bardzo przeżyły – tęskniły już bardzo za babcią i za naszą suczką, która została pod opieką dziadków. Emil ze złości przez dwa dni nie opuścił domu, nawet idąc na plażę, czy na obiad, musieliśmy pozostawić go pod opieką gospodarzy (na szczęście mieszkali na parterze naszego domu).

Acha! I sprawdźcie co do plecaków pakują Wasze dzieci – nasz Maciuś zabrał ze sobą 4 pistolety i maczetę (z plastiku), co w jego plecaku znalazła grecka celniczka i, niestety, nie pozwoliła mu wnieść zabawek na pokład samolotu. Skończyło się to płaczem Maćka na lotnisku :(, choć my nie mogliśmy powstrzymać sie w tej sytuacji od śmiechu – byliśmy równie zaskoczeni znaleziskiem co celniczka…!

Po powrocie do kraju mamy na razie dosyć podróżowania, choć jestem pewna, że to „zmęczenie” szybko nam minie. Jesteśmy na pewno bogatsi w wiedzę o obcym kraju, nowe przyjaźnie i miłe wspomnienia gorących piasków, ciepłego morza i wyjątkowej greckiej gościnności!

ps. Tytuł to nie uszczypliwość z mojej strony w strone podróżujących na Kretę. Przytoczyłam słowa właściciela jednej z kawiarni, którą odwiedziliśmy kilka razy. Polecał nam rejs na którąś z greckich wysp. Kiedy powiedziałam mu, że zależy nam na typowo greckim klimacie, uprzedził, że powinniśmy zrezygnować właśnie z Krety, bo”jest bardziej polska niż grecka”, haha. A podrózujacym na Kretę wcale sie nie dziwię – to piękna wyspa i mam nadzieję, że będzie nam dane równiez ja odwiedzić!

PODSUMOWANIE KOSZTÓW TYGODNIOWYCH WAKACJI (bez dwóch dodatkowych dni po odwołaniu lotu):

bilety lotnicze (5 os.) – 2,200zł

ubezpieczenie lotów i podróży – 500zł

wynajem domu – 1600zł

wydatki w Artemidzie, Atenach i Rafinie – ok. 2,500zł (bez oszczędzania)

Razem: 6,800zł

 

STANDARDOWO NIE MAM ANI JEDNEGO ZDJECIA Z MĘŻEM, ZAWSZE KTÓREŚ Z NAS ROBI ZA FOTOGRAFA 🙁

 

 

 

Dodaj komentarz

Zamknij

O której kawa?!