Koleją przez Polskę – o takiej wyprawie z dziećmi marzyłam!

Koleją przez Polskę – o takiej wyprawie z dziećmi marzyłam!

Marzyłam o tej podróży od dawna. Musiałam jednak poczekać aż dzieciaki podrosną na tyle, by rozumiały dokąd jadą i aby zachowały jak najlepsze wspomnienia. Planowanie trasy rozpoczęłam w lutym, w marcu wykupiłam noclegi, bilety kolejowe zakupiłam na miesiąc przed wyjazdem (wcześniej nie ma takiej możliwości). W podróż zabrałam ze sobą mamusię – bez babci trip nie byłby taki fajny! Nasza trasa rozpoczęła sie w Szczecinie i tam też miała swój finał. A po drodze były jeszcze i Tatry, i Kaszuby… 🙂

Nocnym pociągiem krętą drogą do Zakopanego

Z Dworca Głównego w Szczecinie wyruszyliśmy nocnym składem TLK „Podhalanin” przed 20.00. Mieliśmy wykupione miejsca w wagonie sypialnym, w dwóch trzyosobowych kuszetkach. Było nas pięcioro, ale na szczęście tego szóstego miejsca nikt nie zajął przez całą drogę. Nasze pożegnanie z Marcinem na peronie wyglądało dość dramatycznie… A to dlatego, że Maciuś dopiero przed samym wejściem do pociągu uświadomił sobie, że mój mąż z nami nie jedzie.  Wpadł w histerię nie chcąc sie rozstać z ukochanym tatą. Trzeba było wyrywać mu go z rąk, wyglądłam jak matka porywająca własne dziecko, haha. Dobrze, że wsiadaliśmy na stacji początkowej, dzięki temu mieliśmy więcej czasu na pożegnanie. Duzo dał też obecność babci, która pomogła ogarnąć cały ten bałagan i uspokoić zrospaczonego Maćka.

Pierwsze wrażenie? Wow, mamy tu miejsce na wszystko! Składy TLK w drugiej klasie nie są luksusowe, ale naprawdę wygodne. Każde łóżko (środkowe i górne jest dodatkowo zabezpieczone składanymi barierkami bezpieczeństwa) wyposażone jest w poduszkę, koc, prześcieradło, oraz czyste poszewki. W kuszetce jest drabinka (by wejść na wyższe łóżka), szafka, wieszaki, skrytka na bagaż, oraz zlewozmywak z bieżacą ciepłą wodą, który schowany jest pod ruchomym blatem. Nad blatem jest lustro i szafka na drobne kosmetyki, czy jedzenie. Można więc zarówno dość wygodnie zjeść, jak i się umyć, a nawet zrobić makijaż! Dzieciakom  miejsca do spania od razu sie spodobały, a najbardziej to, że każde miejsce wyposażone było w gniazdko elektryczne, więc mogli ładować swoje komórki! Tym razem zakazu nie było, jak tylko zrobiło sie ciemno, pozwoliłam im na gry. Wszystkie zasnęły przed północą. Nie można powiedzieć, że smacznie spaliśmy, bo starsze pociągi, a takim sie poruszalismy, dość głośno hamują, a w nocy zatrzymywaliśmy sie na kilkunastu stacjach, do tego noc była niezwykle upalna, więc okna mieliśmy otwarte, a na peronach zwykle panował dość duży hałas. Mimo to było nam wygodnie. Warto też wspomnieć, że przez większość trasy obie toalety w wagonie były dość czyste, gorzej było już nad ranem. Podróż trwała prawie 13 godzin, a nam wydawała się znacznie krótsza, właśnie dzięki temu, że dużą jej część przespaliśmy. Obudziliśmy się po 5.00, bo nie chcieliśmy „przegapić” Krakowa. I to sie nam akurat udało, choć Częstochowę przespaliśmy 🙁

Poranek w Zakopanem

Do stolicy Podhala dotarliśmy przed 9.00. Na dworcu już czekały taksówki i busy, gotowe zabrać przybyłych podróżnych w każde miejsce w okolicy. Dałyśmy się z mamą „naciagnąć” na taxi busa, za którego zapłaciłyśmy 45zł, choć trasa do Toporowej Cyrhli, gdzie mieści sie wynajęty przez nas dom, to zaledwie 5 km. Po kilku spędzonych w Zakopanem dniach, wiedziałyśmy już, że autobus miejski zawiózłby nas bezpośrednio z dworca pod sam dom, a kosztowałoby nas to jedyne 10,50zł, haha. Mamy nauczkę, by nie ulegać łatwym pokusom! Zatrzymaliśmy się w Villi Bella Vista, przy hotelu Tatra, w najwyżej położonej dzielnicy Zakopanego. Ucieszył nas tradycyjny wystrój apartamentu i jego powierzchnia – ponad 60 metrów, do tego duży taras z widokiem na Giewont i Wielki Kopieniec. Mieliśmy do dyspozycji w pełni wyposażoną kuchnię, dużą jadalnię połączoną z salonem, oraz dwie oddzielne sypialnie i łazienkę z wanną. Wszystko czego nam było potrzeba. Jedyne co nie dawało nam pełnego komfortu, to hałas dopiegający z budowy na sąsiedniej posesji. Tuż za oknami powstaje hotel, który zapewne w przyszłości zasłoni piękny widok na Kopieniec 🙁 Mimo wszystko polecam to miejsce.

Krupówki dla dzieci, góry i doliny dla mamy i babci

W dzień przyjazdu, postanowiłyśmy z mamą nie forsować już dzieciaków i wybraliśmy sie wszyscy miejskim autobusem na Krupówki. Dla Emila najważniejszym punktem każdej wycieczki jest zakup pamiątek. To głównie na nie odkłada kieszonkowe przez cały rok. A dla Natalki najważniejsze są śmietankowe lody kręcone. I jednego, i drugiego na Krupówkach pod dostatkiem. Choć dla mnie i babci dłuższe przebywanie w tym okropnym tłumie ludzi i wśród tych wszystkich straganów było prawdziwym wyzwaniem, radocha dzieciaków łagodziła nieco nasze znudzenie. Obiad jemy na Krupówkach. Nie pamietam nazwy restauracji, a zjadłam tam pyszna kwaśnicę 🙁

Po południu obiecałyśmy sobie, że do centrum już nie wracamy, jednak nie udało nam sie dotrzymać słowa – część zaplanowanych wcześniej przez nas szlaków wymagała przynajmniej przesiadki w tym miejscu 🙁

Wieczór spędziliśmy na spacerze po pięknej okolicy.

Dolina Ku Dziurze

Drugiego dnia, zaraz po śniadaniu (a śniadanie było boskie, bo przygotowała je moja mamusia, która tego dnia obudziła mnie parząc czarną kawę – cudownie jest wstać „na gotowe”),

zjechaliśmy autobusem do Ronda Jana Pawła II i ruszyliśmy w kierunku Wielkiej Krokwi, by stamtąd rozpocząć wędrówkę przez Dolinę do Jaskini Dziura. Mieliśmy szczęście – o 9.00 teren wokół skoczni narciarskich był jeszcze prawie pusty, a nam udało się trafić na trening skoczków! Mogliśmy oglądać skoki z małej, średniej i wielkiej skoczni do woli. Kiedy nam sie to patrzenie znudziło i zrobiliśmy zdjęcia, ruszyliśmy pod górę.

Trasa rozpoczyna się bezpośrednio obok Ośrodka Przygotowań Olimpijskich. Jest w większości bardzo łagodna, prowadzi przez kilka drewnianych mostków, polanę, maleńki wodospad i bacówkę „Pod Reglami”, gdzie można przysiąść i skosztować prawdziwych oscypków i innych wyrobów z owczego mleka – buncu i zyntycy. Pod sam koniec szlak robi sie bardziej wymagający, a przed samą jaskinią mocno stromy i kamienisty, ale bez przystanków można go pokonać w około godzinę. Sama jaskinia faktycznie wyglada jak dziura, jest kompletnie ciemna, a temperatura wewnątrz nie przekracza 10 stopni. Weszliśmy tam z Emilem, mama została z Natalką i Maćkiem na zewnątrz. Zejście oświetlaliśmy sobie latarką z telefonu, ale wygodniej byłoby mieć zwykłą latarkę. To miejsce najbardziej podobało sie Emilowi, który pełnił rolę mojego przewodnika i służył ramieniem przy ciemnym zejściu do dna jaskini 🙂

Powrót do rejonu skoczni był jeszcze szybszy, jednak tym razem to miejsce było już mocno zatłoczone. Obiad zjedliśmy w dużym barze z fast foodami u podnóża skoczni na świeżym powietrzu – nie polecam! Ceny są kosmiczne, a jedzenie wcale nie rewelacyjne. Warto oddalić sie trochę od Wielkiej Krokwi i zjeść taniej, smaczniej i bardziej kameralnie. Również ceny pamiątek w tym miejscu są dużo wyższe niż gdzie indziej.

Szlak na Kopieniec Wielki.

Codziennie ogladaliśmy Kopieniec z okien i tarasu, więc naturalnie postanowiliśmy zdobyć jego szczyt. Szczęśliwie trasa rozpoczyna się na Toporowej Cyrhli, więc nawet nie musieliśmy wsiadać do autobusu. By dojść na sam szczyt potrzeba od 1,5 do 2 godzin, ale nie rozumiem dlaczego ten szlak określany jest jako „łagodny i odpowiedni dla młodszych dzieci”. Sam początek jest bardzo malowniczy, rozpoczyna się bacówką, gdzie kupujemy oscypki do podjadania w czasie drogi, oraz pijemy zyntycę bespośrednio z tradycyjnego drewnianego kubka (zakładam, że przed nami piło z niego tego dnia jeszcze kilka innych osób..). Zyntyca to serwatka z mleka owczego, powstaje w produkcji oscypków. Jest bardzo zdrowa, zawiera żywe kultury bakterii i moim zdaniem jest to całkiem smaczny napój.

Dalej mijamy pastwisko, a na nim owieczki i zaraz za punktem poboru opłat TPN (na kartę dużej rodziny wchodzimy za darmo, babcia płaci 5zł), wchodzimy w las, gdzie dalej na szczyt prowadzi nas stroma trasa wyłożona kamieniami, a raczej głazami. Trasa jest dla dzieciaków wymagająca, często robimy przystanki. Ja takie uwielbiam i miałam ochotę biec pod górę, ale z dziećmi to nie było możliwe. Do polany pod Kopieńcem docieramy po ponad godzinnej wędrówce. Tutaj bacia ma już dosyć, Natalia i Maciek też. Polana jest niezwykle malownicza, znajdują sie na niej stare chaty pasterskie. Mama i dzieciaki zajmują wygodne miejsce piknikowe i odpoczywają, a ja z Emilem kontynuujemy drogę na szczyt.

Nie trwa to długo, około 10 – 15 minut. Widok na szczycie wart jest wysiłku, jednak mamyy pecha – trafiliśmy na kolonię pełną dzieciaków, więc nie ma szans na samotne delektowanie sie widokami. Szkoda, większość szlaku szliśmy sami i do końca wierzyłam, że na szczycie zastaniemy góra kilka osób. A jednak! Nawet nie wiecie jak taki tłum na szczycie potrafi zepsuć doznania! Ale nie ma co sie łamać. Popatrzyłam (ze szczytu piękny widok na pasmo Gubałówki, Czerwone Wierchy, Giewont, Koszystą i Kasprowy Wierch), porobiłam zdjęcia, więc schodzimy z powrotem na polanę.

Podczas powrotu, musimy pokonać jeszcze podmokłe tereny polany. W dół schodzimy już Doliną Olczyską, przez Jaszczurówkę. Pod koniec trasy niespodzianka – orzeźwiający Potok Olczyski, w którym moczymy umęczone wędrówką stopy:) Wychodzimy tuż przy przystanku autobusowym. Do domu przejeżdżamy dosłownie jeden przystanek.

Obiad jemy dziś w restauracji hotelu Tatra Hotel – polecam zupę krem z bryndzy, domową pomidorową z ryżem i oscypki na rukoli;-)

Nasz wieczór to gry i zabawy karciane, oraz podziwianie krwawego księżyca, czyli najdłuższego zaćmienia w XXI wieku!

Dolina Strążyska i Wodospad Siklawica

Kolejny dzień to wyprawa do Doliny Strążyskiej – najkrótszy i najłatwiejszy szlak jaki zaplanowałyśmy. Autobusem zjeżdżamy do centrum i ulicą Kasprusiów kierujemy sie do Doliny. Trasa przez Kasprusie nas zaskakuje – cały czas patrzymy na ścianę Giewontu, po raz pierwszy moje dzieci dostrzegają postać śpiącego rycerza, co okazuje się dla nich dużą frajdą:)

Po przejściu około kilometrowej drogi, docieramy do Doliny Strążyskiej. Zapomniałam wziać z domu Kart Dużej Rodziny, więc za wejście musimy zapłacić 20zł/4os (Maciek wchodzi za darmo). Pogoda jest wręcz idealna! W Zakopanym panuje prawdziwy ukrop, a w Dolinie przyjemny chłodek od Strążyskiego Potoku, który ciągnie się przez wiekszość trasy. Przed nami cały czas ściany masywu Giewontu, po bokach liczne skaliste turnie, kaskady i Kominy Strążyskie (pięć wysokich stromych skał) i potok.

I tak jest prawie do końca (trasa jest krótka, do Polany Strążyskiej idzie sie około 40 minut). Docieramy do Strążyńskiej Polany i odpoczywamy z dość licznym gronem innych turystów. Kiedy decydujemy sie na polanie skosztować serwowanych tam posiłków (placki, żurek, rosół, kiełbaski), zaskakuje nas nagła zmiana pogody – rozpoczyna się ulewa! Początkowo wydaje nam się, że szybko przejdzie, ale po dłuższym oczekiwaniu orientujemy się, że na suche dojście do Siklawicy nie ma szans!

 

Nie chcemy zrezygnować, idziemy w ten deszcz. Na szczęście jest ciepło, do deszczu szybko się przyzwyczajamy. Tylko z końcowym podejściem do wodospadu mamy kłopoty – jest ślisko i dość tłoczno. Ale finał okazuje sie wart wysiłku. Siklawica naprawdę robi wrażenie!

Wracamy już w deszczu, przestaje padać zaraz po tym jak opuszczamy Dolinę. Busem wracamy do Ronda Jana Pawła II, stamtąd autobusem komunikacji miejskiej na Cyrhle do domu.

Dziś obiad  „Pod 7 Kotami”, w tradycyjnej restauracji tuż przy naszym pensjonacie, podobno bywali tu poeta Jarosław Iwaszkiewicz i kompozytor Karol Szymanowski! Polecam tamtejszego pstrąga, nie polecam kwaśnicy.

Expressem Intercity do Gdyni

Po czterech intensywnych dniach spędzonych w Tatrach, piąty postanowiliśmy poświęcić na relaks. Spaliśmy dłużej, zjedliśmy późne śniadanie, po 13.00 opuściliśmy nasz apartament w  Bella Vista i tym razem autobusem komunikacji miejskiej pojechaliśmy na dworzez PKP. Zaraz obok dworca zamówiłam najlepszą pizzę jaką jedliśmy z Zakopanem! Bar „Papaj Pizza” wcale nie zachęca by do niego zajrzeć z zewnątrz, ale zarówno obsługa, jak i sama pizza jest doskonała! Zapakowaliśmy ją do pociągu i przed 15.00 wyruszyliśmy składem „Giewont” do Gdyni.

Pociągi Express IC robią wrażenie! Jechaliśmy drugą klasą, a czuliśmy sie jak w pierwszej. Klimatyzowane przedziały, komfortowe fotele, wagon restauracyjny i kawa lub herbata serwowana w cenie biletu 🙂 Dziewięciogodzinna podróż minęła nam błyskawicznie! Do tego na trasie: Kraków, Warszawa, Malbork, Gdańsk i Sopot.

Do Gdyni dotarliśmy o północy. Po drodze na OLX znalazłam panią, która oferowała prywatne przewozy busem i zarezerwowałam usługę. Spod Dworca Głównego w Gdyni do naszego domu w Rewie przejechaliśmy 15  kilometrów, za busa zapłaciliśmy 45zł (czyli tyle ile w Zakopanym za trasę 5 km!!!). Ponieważ na miejscu byliśmy przed 1.00 w nocy, a nasz dom zajęty był jeszcze przez gości, właścicielka udostępniła nam swój prywatny domek na tej samej posesji i tam przespaliśmy do rana (oczywiście było to ustalone wcześniej ;)). Domek był uroczy i aż żałuję, że nie moge pokazać Wam zdjęć, bo właściciele urządzili go w wyjątkowo morskim wakacyjnym klimacie.

Nie dodałam jeszcze, że moje dzieci przez całą podróż nie marudziły ani troszkę, wszystkie etapy podróży znosiły wyjątkowo pogodnie. Nawet kolacja w pociągowej restauracji przebiegła przyjemnie, choć Natalce zupa krem z pomidorów nie przypadła do gustu. Ale zamówiliśmy pyszny chłodnik litewski i miniburgery z kurczakiem – naprawdę smaczne!

Domek przy plaży na Kaszubach –  miejsce jak marzenie o wakacjach z dzieciństwa!

Wracając do naszej kwatery – zakochałam sie w tym miejscu jak tylko znalazłam domek na bookingu! Wyjątkowy wystrój nadał mu wakacyjnego, lekko tajemniczego klimatu. Nasz domek położony jest przy samym Cyplu Rewskim, więc z każdej strony widzieliśmy morze, a od plaży dzieliło nas jakieś 20 metrów 🙂

Choć mogliśmy mieć pretensje o brak regularnego wywozu śmieci, co w upale stanowiło duży problem (właściwie nie wyrzucaliśmy śmieci, bo woleliśmy nie otwierać cuchnącego pojemnika, który na szczęście oddalony był w dość znośnej odległości od domu), czy o wyjątkowo wczesne babie lato, przez co codziennie powstawały w domu i wokół niego nowe pajęczyny, a pająki stały się lokatorami takimi jak my, to jednak urok tego miejsca wynagradzał nam wszystkie niedogodności.

 

Do tego specyficzny surferski klimat Rewy (liczne szkółki windsurfingu i kitesurfingu), cieplutkie wody Zatoki Puckiej, brak tłumów na plaży i brak parawanów na samym cyplu – to miejsce, do którego wrócimy! Przez trzy dni towarzyszył nam mój brat i jego dziewczyna, więc wieczory upływały nam na grach planszowych i długich rozmowach. Moje dzieciaki uwielbiają i wujka, i jego ukochaną, przez co nasz pobyt w Rewie okazał się sielskim zwieńczeniem tej wymagajacej wyprawy! Cudowne były nasze rewskie wieczorne wygłupy z piłką na plaży i kąpiele o wschodzie i zachodzie słońca.

     \

Dzięki wujkowi, Emil miał okazję wyskoczyć również na jeden dzień do Gdańska: zwiedził Europejskie Centrum Solidarności i Westerplatte, dlatego wróci do szkoły bogatszy o ważną wiedzę o historii.

Między Rewą a Jastarnią kursuje tramwaj wodny (30zł i 25 zł w jedną stronę), ale ze względu na sygnały o dużych falach przy Półwyspie Helskim, oraz bioręc pod uwagę dość wysoki koszt kursu w obie strony, nie zdecydowaliśmy się na taką atrakcję. Na Hel można za to dojechać kolejką z Gdyni. Nikt z miejscowych nie polecił nam podróży w te tereny samochodem – półwysep jest bardzo zatłoczony w wakacje, a drogi bardzo wąskie.

 

Droga do domu

Ponieważ mój brat zabrał dzień wcześniej nasze ciężkie bagaże do samochodu, mogliśmy odbyć ostatni etap wycieczki bez dodatkowego obciążenia. Po czterech dniach w Rewie, wsiedliśmy do miejskiego autobusu i odjechaliśmy do Gdyni. Dworzec Gdynia Główna robi wrażenie, jest odrestaurowany w klasycznym stylu, to zabytkowy budynek, zdobiony we wnętrzu ciekawymi mozaikami. Oczekiwanie na pociąg w takim miejscu jest bardzo przyjemne, pomimo tłumów podróżnych (to największy dworzec w Trójmieście).

Przed 13.00 odjechaliśmy „Rybakiem” w kierunku Szczecina. Tym razem przemieszczaliśmy się zwykłym składem TLK w przedziale ośmioosobowym, jednak poza nami nikogo innego w przedziale nie było. Tutaj nie mieliśmy już klimatyzacji, a dzień był upalny. Nie możemy jednak narzekać na brak wygody. W przedziale nie było już gniazdek elektrycznych, a komórki rozładowały się dzieciakom szybko. Dzięki temu mogły sie skupić na podziwianiu widoków za oknem.

Po niespełna 5ciu godzinach dotarliśmy do Szczecina, gdzie na stęsknione dzieci (i mnie!!!) czekał już Marcinek 🙂 🙂 🙂

Zadanie wykonane – dzieci „oddałam” w ręce mojego męża całe, zdrowe i opalone, do tego bogate w nowe doświadczenia, z lepszą kondycją fizyczną, choć nie każdy punkt wyprawy wspominają z uśmiechem… haha

A ja i moja mama wróciłyśmy, jak zawsze z podróży, z pustymi portfelami, ale zdecydowanie bogatsze! 🙂

Warto wiedzieć!

  • Uważajcie na Zakopiańskich taksówkarzy – zanim wsiądziecie do pojazdu, ustalcie cenę transportu i zapłaćcie – wtedy bedziecie mieć pewność, że nie będziecie musieli przepłacać. My byliśmy umówieni na transport z dworca za 30zł, a po dotarciu na miejsce kierowca wręczył nam o 15zł wyższy rachunek!
  • Komunikacja miejska w Zakopanym działa bardzo sprawnie (linie 11 i 14), bilety MKZ kupicie w autobusie w biletomatach (3zł normalny, 1,5zł ulgowy), do tego w każdy punkt turystyczny jeżdżą też busy, bilety można kupić u kierowców (3-4zł od osoby za przejazd). Nigdy długo nie czekacie na przystanku, autobusy MKZ jeżdżą na zmianę z prywatnymi busami. Można też umówić sie na droższe indywidualne przewozy. To dużo łatwiejsze niż poruszanie sie samochodem po zakorkowanych ulicach, kierowcy busów znają trasy alternatywne 😉 Autobusy MKZ sa klimatyzowane, a przystanki świetnie oznaczone i opisane, z udogodnieniami dla niewidomych.
  • Kupując bilety PKP znacznie mniej zapłacicie wybierając opcję Karta Dużej Rodziny (jeśli ją posiadacie), niż drugą opcję Duża Rodzina (na Dużą Rodzinę dzieci musza mieć przy sobie legitymacje szkolne!). Bilety PKP IC najwygodniej kupić przez internet na stronie IC, tam też łatwiej wybrać dogodne warunki podrózy, oraz opcje i trasę pociągu.
  • Decydując się na posiłek lub zakupy przy głównych atrakcjach turystycznych, musicie sie liczyć ze znacznie wyższym rachunkiem, nawet do kilkudziesięciu złotych! Dlatego warto oddalić sie trochę i poszukać tańszych i często smaczniejszych lokali.
  • Jeśli wybieracie sie w podróż koleją i docieracie na miejsca w niestandardowych godzinach, warto rezerwować kwatery na booking.com – daje to możliwość poproszenia o wcześniejszy odbiór kluczy, lub późniejsze wymeldowanie.
  • w podróż pociagiem zawsze zabierajcie ze sobą papier toaletowy, oraz mydło! Nawet w komfortowym i drogim EIC toalety pod koniec trasy wyglądają nieciekawie, a pojemnik na mydło, jak i zasoby papieru nie są uzupełniane
  • Szukając dobrego miejsca na obiad, koniecznie zaglądajcie na TripAdvisor, unikniecie dzięki temu słabej jakości jedzenia za wysoką cenę! Zwłaszcza, jeżeli zależy wam na skosztowaniu tradycyjnych lokalnych dań 😉
  • Rezerwując noclegi na booking.com, unikajcie płatności z opcją preautoryzacji – sprawia ona, że nigdy nie wiecie czy pieniążki zostały już pobrane z konta, czy nie, a tym samym nie wiecie ile środków macie do własnej dyspozycji… Ja po dotarciu do Zakopanego dowiedziałam się, że muszę dopłacić jeszcze prawie 900zł, choć dyspozycję przelewu przekazywałam już w marcu… 🙁
  • W zwiazku z powyższym, jadąc gdziekolwiek z dziećmi, zawsze zadbajcie o zapas gotówki „na wszelki wypadek”, zarówno nasza wyprawa do Grecji, jak i opisywana tutaj podróż, utwierdziły mnie w przekonaniu, że zapas kasy trzeba mnieć, dlatego PLANUJCIE NA ZAPAS KOCHANE MAMUSIE 🙂

Koszty:

Bilety TLK IC (kuszetki) Szczecin – Zakopane: 600zł/5os.

Bilety EIC 2.klasy (przedział) Zakopane – Gdynia: 391zł/5os.

Bilety TLK (przedział) Gdynia – Szczecin: 160zł/5os.

Kwatera Zakopane w Apartamenty Bella Vista ( http://www.booking.com/Share-6OLXf5  ) 4 noce – 1370zł

Kwatera Rewa w Domek przy Plaży ( http://www.booking.com/Share-SpLD9v ) 3 noce – 1200zł

taxi – 90zł

busy i autobusy – ok. 140zł

pamiątki – ok. 150zł

wyżywienie (śniadania, obiady) – ok. 1500zł

desery (lody, gofry, napoje) – ok. 450zł (to pieniążki wydawane w większości przez dzieci z ich skarbonek)

Dużo, czy mało? Jak już kiedyś wspominałam, na wyjazdy z dziećmi odkłądam przez cały rok, do tego staram się rozłożyć płatnosci za poszczególne części wyjazdu. Warto zaplanować wyjazd dużo wcześniej, wtedy nie odczujecie tak bardzo kosztów.

Dodaj komentarz

Zamknij

O której kawa?!