Dlaczego moje dzieci chwilami przyprawiają mnie o drgawki?!…

Dlaczego moje dzieci chwilami przyprawiają mnie o drgawki?!…

Chciałam zacząć mądrze, filozoficznie, z pompą. Ale będę pisać o rzeczach tak przyziemnych, tak naturalnych i tak pozbawionych polotu, że nazwę je w najprostszy znany mi sposób. Pisząc te słowa jeszcze czuję nieprzyjemne drganie w okolicach klatki piersiowej – to to uczucie kiedy coś działa ci wyraźnie na nerwy, jak mucha latająca koło ucha, siadająca co chwilę na czole, ta z gatunku takich pieprzonych, szybkich jak błyskawica i wyjątkowo wrednych, czyli próbujesz ją klepnąć łapką na muchy, ale zawsze ci spieprzy, odleci na moment i znów wraca i siada ci na czole! Tak właśnie teraz się czuję. Więc piszę, bo z każdym zapisanym słowem, to drganie w okolicach klatki piersiowej, tuż nad cyckami, jakby słabnie…

Chwilę temu uwolniłam się spod natarczywego „miziania” mojego najmłodszego dziecka. Ale zanim to nastąpiło…

Wstałam bardzo wcześnie, zrobiłam sobie kawę, wypuściłam z kojca piszczące szczeniaki (to one mnie obudziły), nakarmiłam je, chciałam zostawić je wolno na ogródku, żeby biegały sobie do woli, ale pieprzone maluchy zaczęły przeciskać się między szczeblami ogrodzenia i uciekać na ulicę. Choć w myślach wysyłałam je na koniec świata, instynktownie, ubrana jedynie w majtki i podkoszulkę, wybiegłam za nimi żeby uratować je przed nadjeżdżającymi autami. Jakoś udało mi się je wszystkie pozbierać z tej ulicy. Wkładając je z powrotem do kojca, zwymyślałam mojej suce Amber (ich matce), że gówniana z niej matka, bo nie pilnuje swoich szczeniaków, że ja nie jestem od tego żeby odwalać za nią jej robotę, że ona moich dzieci nie pilnuje, że wystarczyłoby warknąć na te jej maluchy, to by jej posłuchały, a mojego języka przecież nie rozumieją, więc ja muszę za nimi biegać, bo wołanie nic nie naje, a ona sobie w tym czasie siedzi na trawie i w dupie wszystko ma! Jak już się nagadałam i zamknęłam szczeniaki w bezpiecznym miejscu, wróciłam do domu wypić kawę. I ledwo usiadłam na kanapie, gdy na górze otworzyły się drzwi sypialni i usłyszałam kroki Maćka (jestem wciąż tak wkurwiona, że nawet nie nazywam go Maciusiem, tylko Maćkiem!)…

(i tu przejdę już na czas teraźniejszy, bo tak łatwiej jest mi przekazać emocje) Maciek schodzi po schodach – biorę pierwszy i ostatni swobodny łyk kawy i odstawiam ją na stolik. Wchodzi do salonu, a na mojej twarzy błyskawicznie rysuje się SZTUCZNY UŚMIECH od ucha do ucha z wyszczerzonymi choć mocno zaciśniętymi zębami, a ramiona otwierają się w jego kierunku zachęcając do przytulenia. Nie trzeba go prosić, od razu wciska mi się na kolana i zaczyna się MIZIANIE… Od razu zaczynam żałować, że postanowiłam ukryć przed nim mój poranny wkurw i przybrałam maskę cudownej matki polki. Mizianie trwa, Maciej wierci się swoją koścista pupą na moich udach, wtyka mi swoja głowę pod brodę, głaszcze mnie po rękach, całuje po nosie. Obraca się raz na bok, raz na plecy, łapie za pilota i przełącz tv na swoje bajki. Zwiększa volume w telewizorze, ale w drugiej dłoni ciągle trzyma mojego palca, żebym przypadkiem nie zechciała chwycić kubka z kawą i przesiąść się na drugi koniec narożnika… Wytrzymuję tak jeszcze jakieś pięć minut, aż kończy się jego bajka, rozpoczyna się blok reklam dla dzieciaków, a decybele nagle wzrastają o trzy poziomy. Dość! Starając się zachować względny spokój, zdejmuję Maćka z rąk i uciekam na drugi koniec kanapy. On patrzy na mnie wzrokiem pytającym „o co chodzi?”, a ja najmilej jak w tej chwili potrafię przez zaciśnięte zęby tłumaczę „oglądaj sobie synku, mamusia musi coś zapisać”. Maciek od razu przysuwa się do mnie, wciska pupę pomiędzy mój łokieć, a oparcie kanapy (miejsca jest bardzo mało, ale jemu to nie przeszkadza jeśli tylko może utrzymać kontakt dotykowy ze mną!!!!). Nie wytrzymuję! Lekko uniesionym głosem, całkiem stanowczo upominam go: ‚Nie, ty siedzisz tam (wskazuję miejsce, z którego przyszedł), a ja tutaj. Mama potrzebuje chwili swobody!” Wątpię czy zrozumiał co miałam na myśli, ale grzecznie wraca na swoje miejsce. Uff! Uwolniłam się!

I teraz teoretycznie mam „chwilę dla siebie”. Teoretycznie, bo Maciek co chwilę zwiększa głosność tv, na co ja muszę reagować, bo ten hałas potęguje drgania w klatce piersiowej i ból głowy. Wchodzi Natalia, siada obok mnie, zaczyna obgryzać paznokcie i rzuca swoje standardowe poranne pytanie :”Mama, co będziemy dzisiaj robić?”. Drgania zamieniają się w drgawki, w myślach odpowiadam jej, że „nic nie będziemy kurwa robić, będziemy siedzieć każde w innym pokoju i odpoczywać od siebie!, a jak nie przestaniesz gryźć tych pazurów to cię wykopię na dwór!”…, ale grzecznie odpowiadam jej pytaniem „a co chcaiałabyś robić, córciu?” i dodaję tylko „Natalko, paznokcie!” i rozmowa się toczy, choć mój wkurw nie słabnie. Otwierają się drzwi pokoju Emila. „Mama, kiedy śniadanie, bo idę do babci?!”

Aaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Wracając do mojej suki Amber – gdybym była nią, to warknęłabym tylko na „moje małe” i uciekła z zasięgu ich wzroku. Tylko, że Amber jest psem, a swoje maluchy urodziła 8 tygodni temu. One właśnie zaczynają się usamodzielniać, za kilka dni matka do niczego nie będzie im potrzebna. Moje najmłodsze dziecko być może przestanie trzymać mnie z rękę w wieku 8 lat! W tej chwili ma 6 i wciąż okupuje jedną trzecią część naszego łóżka. Starsze to już właściwie raczkujące nastolatki, ale spodziewam się, że długo jeszcze będą naruszać moją strefę komfortu!!!

Urodzenie dzieci faktycznie nie odebrało nam wolności jaką już posiadaliśmy – tej pozytywnej. Ani na chwilę nie utraciliśmy z Marcinem wolności/prawa do spotkań z przyjaciółmi, do randek we dwoje, do realizacji swoich ambicji, do wyjazdów na wakacje, do robienia tych rzeczy, na które mieliśmy ochotę, musieliśmy jedynie uwzględnić we wszystkim nasze dzieci.

Jednak, zwłaszcza ja jako matka, utraciłam wolność negatywną, czyli wolność OD hałasu, od bałaganu, od ingerowania osób trzecich w moje codzienne, również intymne i fizjologiczne czynności (która mamusia nie siedziała w toalecie z dzieckiem na kolanach, haha?), od ciągłych dotyków, od dzielenia się swoim miejscem we własnym łóżku, utraciłam nietykalność mojej cielesnej strefy komfortu. I choć wydaje się to dla świata zewnętrznego tak mało istotne, a moje narzekanie na brak tej wolności może budzić negatywne reakcje, to jednak utrata wolności od przymusu do pewnych sytuacji budzi chwilami ogromną frustrację.

Jedynie mój starszy syn wszedł już w okres troski o własny święty spokój – nieproszony nie przychodzi już do mnie po słodkiego buziaka, czy „przytulaska”, co z kolei również czasami mnie smuci. Człowiek zawsze tęskni do tego co już utraci… Jednocześnie zdarza mi się krzyczeć: CZY CHOĆ PRZEZ CHWILĘ MOGLIBYŚCIE PRZESTAĆ MNIE DOTYKAĆ?!?!

Przerwałam na chwilę pisanie i wyszłam do piesków. Maciuś wybiegł oczywiście ze mną. Dałam się namówić na wypuszczenie psiaków z kojca. Usiadłam na trawie. Cała piątka szczeniaków oblazła mnie jak szarańcza, zaczęły kąsać po dłoniach i stopach. Ich matka również przyszła do swojej ukochanej pani i zaczęła wciskać łeb pod moją pachę wymuszając głaskanie. MACIEK DOSTRZEGŁ TROCHĘ MIEJSCA PRZY MOIM LEWYM RAMIENIU. USIADŁ OCZYWIŚCIE WCISKAJĄC PUPĘ TAK BLISKO MOJEGO BIODRA, ŻE AŻ PRZESUNĄŁ MNIE O KILKA CENTYMETRÓW W PRAWO… A potem mucha u***ała mnie w kark.

Do tych co opisanych emocji jeszcze nie rozumieją, lub już o nich zapomnieli: ja naprawdę bardzo kocham moje dzieci, żeby nie było!

 

Dodaj komentarz

Zamknij

O której kawa?!