Gdybym miała tylko jeden dzień.

Gdybym miała tylko jeden dzień.

Czasami człowiek musi sie zmęczyć tak bardzo, by siedząc w wannie zaczął wyobrażać sobie rozmowy ze zmarłymi. Po to by pójść w życie, zamiast czekać na śmierć.

Podróże zajmują dużą część moich marzeń. Właściwie to mam wrażenie, że pracuję i zarabiam, odkładając pieniądze głównie na nie. Bez przerwy w głowie mam myśl, że muszę jeszcze zobaczyć tyle miejsc! Więc marzę, a marząc zarabiam pieniądze, a zarabiając, odkładam je, a odkładając jednocześnie wydaję, „cegiełkami” spłacając noclegi, wejściówki i bilety lotnicze… Zaczęłam już mawiać, że to cel, dla którego żyję, bo tylko chwilami tych wyjazdów nie planuję, skupiając się od czasu do czasu na sprawach odrobinę mniej ważnych, jak moja praca, blog, przyjaciele…

Siedzę więc o północy w wannie i znów planuję… I nie wiem dlaczego, właśnie teraz pomyślałam o babci. Pomyślałam, że gdyby nagle mogła mnie odwiedzić tutaj wśród żywych, opowiedziałabym jej o tym wszystkim co do tej pory udało mi się zaplanować i zrealizować. Tylko…. po co miałaby mnie tu odwiedzać? Jedynie po to… żeby mnie stąd zabrać. Jestem trzeźwa, słowo daję, nie wiem skąd te dziwaczne myśli. Być może dlatego, że odkąd niedawno nagle i niespodziewanie zachorowała i odeszła osoba, którą bardzo lubiłam i szanowałam, i naprawdę mi jej brakuje, dużo myślę o śmierci. A jeszcze więcej o życiu i jego niebywałej kruchości.

Przywołałam więc taką dziwną fantazję. Co bym zrobiła, o czym pomyślałabym, gdyby moja zmarła babcia (…) nagle poinformowała mnie, że przede mną ostatni dzień życia?… Pomyślałam o babci, bo przy niej czułam się bezpiecznie i tylko ona i dziadek mogliby spokojnie przekazać mi taką sensacyjną wiadomość 😉 .

I znów zaczęłam planować. Tym razem iluzorycznie. Bez robienia notatek, bez „bookingu”, bez „fly4free”, bez intercity.pl i bez tanie-loty.com.pl…. W myślach zaczęłam planować taki ostatni dzień… Kiedy plan był już gotowy, podniosłam się z leżenia i usiadłam goła w tej wannie. Wow.

Wychodzę z wanny, idę do pokoju Emila. Kładę się obok niego, i patrzę jak śpi. Podziwiam go jak dzieło sztuki, jestem dumna, ze tak ładnie i mądrze mi wyrósł. Potem idę do Natalki, powtarzam poprzednią czynność. Potem wstaję i robię jej porządek w pokoju, bo trudno żeby dzieło sztuki podziwiać w bałaganie, haha. Kładę się obok niej z powrotem, tym razem głaszczę i przytulam.

Następnie idę do sypialni, którą dzielę z moim Ukochanym i moim najmłodszym dzieckiem, które na chwilę przed rozpoczęciem nauki w szkole, bardziej zdecydowanie niż wcześniej i z zuchwałą premedytacją, zadomowiło się w naszym łóżku. Dobrze, że go nie wygoniliśmy wieczorem, nie muszę dzielić tej chwili na dwa pokoje. Podziwiam ich obu, przytulam i głaszczę. Czuwam do rana.

A rano robię im dzień wolny. Nie zdołam zatrzymać Marcina w domu bez wyjawienia mu prawdy, więc pozwalam by pojechał do pracy. Proszę żeby wrócił wcześniej, bo to bardzo ważne. Trochę marudzi, ale się zgadza.

Zabieram dzieci do mojej mamy, po drodze odwiedzam ot tak mojego brata w pracy, tylko na moment, żeby go przytulić i powiedzieć, że kocham.  Młodszy jest daleko, studiuje. Do niego tylko dzwonię, choć z tego powodu po raz pierwszy czuję bolesny żal. Wolałabym go przytulić. Jadę też do mojej siostry, odwiedzam ją w pracy. Tulę ją bez oszczędności i przekazuję buziaki dla moich chrześniaków. Potem moi rodzice. Cieszę się spędzonym z nimi czasem, rozmawiam o nich, nie o mnie, bardziej słucham niż mówię, bo zawsze za dużo mówiłam, a za mało słuchałam…. Potem wracam z moimi dziećmi do domu i czekam na męża.

Rozkładam koc w ogrodzie, wynosimy planszówki i gramy do nocy… Wyłączam telefon, nie przyjmuję gości, jestem tylko ja i moja rodzina. Nie czuję smutku, ani żalu, bo są przy mnie i trwam w chili, na którą niektórzy czekają całe życie. Więc bardziej cieszę się, że ją mam, niż żałuję, że ma się zakończyć. A dla moich najbliższych te chwile ze mną będą niedługo znaczyły więcej niż tysiąc matczynych i małżeńskich pseudomadrości, jakimi myślimy, że trzeba nafaszerować nasze dzieci i naszych facetów. Koniec fantazji.

Teraz uświadamiam sobie, siedząc w tej wannie z chłodną już wodą, że być może otrzymam jeden taki dzień, a być może cały tydzień, miesiąc, rok, a może całe lata, które mogę spędzić tak jak marzyłabym w obliczu nieuniknionej śmierci. I w jednej chwili cały świat i wszystkie zmartwienia, które tego dnia miałam (być może z ich powodu i towarzyszącego im stresu zaczęłam fantazjować jak po zażyciu psychotropów, haha) odchodzą. W moich wyobrażeniach tego jednego ostatniego dnia, nie ma podróży, nie ma nowego samochodu, nie ma nowych ubrań, Facebooka, plotek, pstrykania zdjęć, nie ma telefonu i niczego, co zakłócałoby moje szczęście. Jest to, co mogę mieć na co dzień, za czym nie muszę biec, nie muszę szukać, nie muszę sobie tego kupić. Na odległy plan przechodzi strajk nauczycieli, bez przerwy puste konto, roszczeniowi uczniowie i ich rodzice, czas, którego ciągle za mało, pogoń za widzem, czytelnikiem, czy „followersem”, frustrujace myśli, że nie wszystkim mogę pomóc i nie wszystkich zadowolić…. Cała otoczka mojej codzienności w jednej chwili jest poza szklaną kulą, w której jestem teraz – w moim domu.

Nie mam nic cenniejszego niż moja rodzina. Nie wiem ile czasu mamy, ale to nie ma znaczenia. Życia nie można brać za pewniak, ale trwająca chwila jest nasza. Kiedy człowiek sobie to uświadomi, naprawdę trzyma skarb w dłoniach 🙂 Liczy się tylko to, co podlewam…. 😉

Ten post ma jeden komentarz

  1. Pięknie. Prawdziwie. Dojrzale :-*

Dodaj komentarz

Zamknij

O której kawa?!