O nauczycielach – całkiem krytycznie… Nauczyciel ma coś z celebryty i coś z artysty. I to jest jego największe przekleństwo!

O nauczycielach – całkiem krytycznie… Nauczyciel ma coś z celebryty i coś z artysty. I to jest jego największe przekleństwo!

Jestem nauczycielką. Wiem co to dla mnie oznacza. Dla Was oznaczać będzie to, co każdy z was sobie w głowie pod tym słowem wystuka.


Jestem nauczycielką. Zawsze nią byłam. Zostałam nią w wieku 6 lat, kiedy mama zabrała mnie ze sobą do pracy w gorzowskich PHS-ach i dla świętego spokoju podsunęła mi pod nos brulion w formacie A4. Złapalam za długopis i linijkę i wykresliłam na kilku pierwszych stronach rubryki, przekształcając ten pusty notatnik w dziennik „nauczycielski”.


Nigdy nie miałam problemu z wytyczeniem mojej drogi zawodowej. Od tamtego dnia u mamy w pracy wiedziałam co będę w życiu robić. Tu nie było kalkulacji. Kiedy składałam podanie na studia i podchodziłam do egzaminów wstępnych, ani przez chwilę nie przeliczałam tego czasu, tych nerwów i tej nauki, którą w ogromnej ilości miałam już za sobą, a znacznie więcej przed, na pieniądze… Kalkulacji nie było również w pierwszym roku mojej pracy. Moja pierwsza wypłata – 650zl za cały etat. Rok 2005. Tu wciąż nie było kalkulacji. Czułam, że spełniają się moje marzenia i cieszyłem się jak dziecko!…

To nie jest zawód dla każdego.

Nawet najbardziej zagorzały hejter nauczycielskiego środowiska musi się z tym zgodzić. Z resztą to ten argument pada najczęściej w krytyce działań pedagogów: nie radzisz sobie, to zmień zawód! Zgadzam się w 100%. Tu nie może być przypadków, …a jednak są. Tu nie mogą trafiać służbiści pozbawieni empatii, a jednak trafiają. I w końcu – szkoła nie może być miejscem pracy desperatów, przelewających gorycz na ucznia, a jednak bywają i takie przypadki. Choć to zawód misyjny, nie mogę nie zgodzić się z tezą, że niektórzy z moich kolegów trafili do szkoły omyłkowo…

Na szczęście tylko niektórzy minęli się z powołaniem. Cała przeważająca reszta naszego środowiska to wariaci, pasjonaci swojej pracy, uzależnieni od kolorowanek, kolekcjonowania rolek od papieru, butelek po coca-coli i pudełek w różnych kształtach i rozmiarach , inicjatyw społecznych, rywalizacji w konkursach, prezentacji multimedialnych. To ludzie nie potrafiący odpoczywać, którzy w nocy zamiast spać, projektują w głowach strategie wychowawcze, przeżywają szkolne i domowe patologie swoich wychowanków.

Co mamy z celebrytów?

Tak jak oni, jesteśmy obrzucani błotem za to, że jesteśmy. Jesteśmy tarczami strzelniczymi, przyjmujemy ciosy sfrustrowanych uczniów, rodziców, lub zupełnie nie związanych ze szkolnictwem obywateli.

Co mamy z artystów?

Empatię, która nie pozwala ignorować problemów naszych uczniów. Wrażliwość, która podpowiada nam jak z nimi rozmawiać – czasami ze łzami w oczach i pełnym współczuciem w głosie, a innym razem, jeśli trzeba – stanowczo i pozornie bez emocji.
Poza wrażliwością i empatią, mamy również naiwność dziecka, która każe nam patrzeć przez różowe okulary na poczynania naszych wychowanków, również wtedy kiedy zarówno ich wyniki, jak i oni sami zdają się krzyczeć, że więcej się już wydusić nie da… Wspólną z artystami mamy też kreatywność i to ona sprawia, że wyduszanie często kończy się sukcesem 😉

A teraz zupełnie dosadnie:

uważam, ze konflikt rodzic-nauczyciel i uczeń-nauczyciel jest oczywisty i nieunikniony. Dla rodziców jesteśmy osobami, które oceniają ich dzieci. Choć w rzeczywistości oceniamy tylko ich pracę, trudno wymagać żeby rodzice nie odnosili wrażenia, że oceniamy ich ukochane pociechy.
Dla uczniów jesteśmy jednostkami oceniającymi, kontrolującymi, upominającymi. Choć w rzeczywistości również nagradzamy, motywujemy, współczujemy, nauczamy i wychowujemy, trudno wymagać żeby uczniowie mieli na tyle rozwiniętą dojrzałość żeby w naszych działaniach dostrzec intencje strategiczne i długofalowe. Tak długo jak system będzie wymagał od nas stałej i systematycznej oceny pracy ucznia, te konflikty będą istniały.

Wiem, miało być krytycznie wobec nauczycieli, dodam więc co jeszcze mamy z celebrytów…
Lubimy być w centrum uwagi, codziennie przez kilka godzin stajemy przed grupą uczniów i wykonujemy przedmiotowy popis. Jeśli jesteśmy dobrzy w tym co robimy, wychodzi z tego treściwe i przydatne widowisko z żywym udziałem „publiczności”. Jeśli jesteśmy przeciętni, lub mamy gorszy dzień – lekcja okazuje się zwykłym nudnawym wystąpieniem. Bywa też, że do zawodu ktoś z nas po prostu się nie nadaje. Wtedy mamy do czynienia z groteskowym występem, którego konsekwencje odczuwają uczniowie, nauczyciel, oraz niestety – cała szkoła jako instytucja, bo te pojedyncze przypadki braku kompetencji są najchętniej punktowane przez krytyków.

Niestety, z celebrytów mamy też potrzebę docenienia i chwalenia naszej pracy. A nagrody przychodzą niezwykle rzadko w systemie, który nie jest nastawiony na finansowy zysk… Jako osoby niezwykle wrażliwe z brakiem pochwały i podcinanymi co rusz skrzydłami kiepsko sobie radzimy. Jeśli dołożymy do tego stały stres związany z oceną, najczęściej negatywną, ze strony zarówno uczniów, jak i reszty społęczeństwa, nie dziwi fakt, że nauczyciele są w czołówce zawodów najbardziej narażonych na depresję!

A mimo to bez choć jednej z wymienionych przeze mnie cech, nie moglibyśmy sumiennie wykonywać naszej pracy. Dlatego we wstępie nazwałam je naszym największym przekleństwem ;-(

Ten post ma jeden komentarz

  1. Pięknie wyrzuciłaś z siebie tę złość i żal .Bądź dalej sobą i nie przejmuj się,życie trwa i problemy się zmieniają.Przyjdzie nowa władza będą nowe zmiany ,oby na lepsze.Buziaczki.

Dodaj komentarz

Zamknij

O której kawa?!