Była pierwsza dama Ameryki nie odnalazłaby się w mojej rzeczywistości, czyli o nas – pracujących matkach…

Była pierwsza dama Ameryki nie odnalazłaby się w mojej rzeczywistości, czyli o nas – pracujących matkach…

Od moich serdecznych koleżanek z pracy dostałam na 36. urodziny biografię Michelle Obamy „Becoming”.

W dedykacji wewnątrz książki dziewczyny zapisały słowa, na które raczej nie zasłużyłam, choć cudownie łechtają moją próżność: „Dla wyjątkowej młodej kobiety o innej, również wyjątkowej kobiecie…”.

Faktycznie, Michelle Obamę uważałam za kobietę wyjątkową odkąd pierwszy raz zobaczyłam ją u boku jej męża jako Pierwsza Dama Ameryki. Ujęła mnie wyjątkowym poczuciem elegancji, poczuciem humoru, otwartością, inteligencją, ale przede wszystkim naturalnością w kontaktach z ludźmi, oraz nieukrywanym uczuciem wobec jej męża prezydenta i ich dwóch córek. Nie dziwiły mnie zachwyty jej rodaków, pierwsze miejsca w rankingach popularności. Jeszcze bardziej moje uznanie budził przychylny stosunek Baracka Obamy do jej popularności, która szybko przebiła jego. Amerykanie pokochali Michelle, a Europa od początku darzyła szacunkiem i sympatią. Ja również. Kiedy do tego dowiedziałam sie, że jest prawniczką, że nie boi się otwarcie wyrażać swoich poglądów, że zdecydowanie ruszyła w wir pracy dobroczynnej, motywując Amerykanów do dzielenia się tym co mają, jak również ruszyła ich z kanap i postanowiła nauczyć zdrowego trybu życia i właściwego odżywiania, stała się jedną z moich damskich idolek. Uznałam, że moje koleżanki obdarowały mnie najlepszym prezentem w moje urodziny i od razu zabrałam sie do czytania….

Moje początkowe wypieki na polikach szybko jednak zaczęły ustępować miejsca… rozczarowaniu 🙁 Wyjątkowa postać za jaką uważam Michelle Obamę, rozpoczęła swoja biografię DOSŁOWNIE od nudnej (jak sie początkowo wydawało) relacji swojego dzieciństwa w zwyczajnej amerykańskiej chicagowskiej rodzinie, pozbawionej dramatów, przemocy, czy wykluczenia, skrajnej biedy,  czyli wszystkiego tego co w swoich życiorysach posiada większość bohaterów słynnych biografii. Naprawdę spodziewałam się zapisu jak spełnia sie amerykański sen, jak geniusz jednostki dusi się w podłej rzeczywistości, aż wreszcie wyrywa do lepszego świata trudną drogą kolejnych zawodowych i osobistych porażek, po których główna bohaterka  z trudem się podnosi, ale jednak przebija się przez mury i pędzi po marzenia. Zamiast tego, jako czytelnik otrzymałam książkową wersję lekkiego telewizyjnego kina familijnego, czyli opowieść o ambitnej dziewczynie, wychowywanej w domu przepełnionym miłością i mądrością, uczącej sie znakomicie, skrupulatnie planującej swoją przyszłość przy wsparciu duchowym i finansowym najbliższych, pnącej sie po szczeblach kariery bez większych problemów. Po kilkudziesięciu przeczytanych stronach stwierdziłam: może i jest wyjątkowa, przecież to była pierwsza dama Ameryki, w dodatku pierwsza w historii czarnoskóra kobieta na tym zaszczytnym miejscu, może i ma za sobą czterdzieści lat życia i do tego wystarczającą inteligencję by potrafiła je spisać i sprzedać w postaci ksiażki. Tylko po co? Uznałam, że taka biografia może zainteresować jedynie Amerykanki, które rozumieją doskonale rzeczywistość amerykańską (której my – Polki – nie mamy prawa zrozumieć, bo we wszystkich niemal kwestiach prawno-społeczno-organizacyjnych jesteśmy daleko w tyle za rozwinietą Ameryką)…

Poczucie zobowiazania wobec moich koleżanek nie pozwalało mi jednak przewrać. Czytałam dalej, a właściwie „męczyłam tą książkę”, przez kolejnych sto stron bez większego zachwytu, chwilami moje myśli uciekały daleko od historii, którą śledziły moje oczy. Co jakiś czas wracało pytanie: po co ta biografia? Wydawało mi sie, że niczego nie wnosi do życia czytalnika. Kiedy pewnego popołudnia odwiedziła mnie koleżanka i spytała o książkę (byłam wtedy w okolicach jej dwusetnej strony), skrytykowałam, że właściwie do tej pory tylko jeden wątek dał mi do myślenia….

Kiedy jednak ten wątek rozwinęłam koleżance w mojej relacji, w jednej chwili dotarło do mnie, że to odpowiedź na moje pytanie: po co ta biografia?… Zabawne, że w tym samym momencie, usłyszałam od mojej rozmówczyni:

„chyba właście masz odpowiedź”.

Michelle Obama, wśród wielu wątków ze swojego życia, opisuje również czas kiedy jako młoda mama rezygnuje z rozwoju zawodowego,  by oddać się macierzyństwu, podczas gdy jej mąż rozwija swoją polityczną, w tamtym czasie senatorską, karierę. Choć nie wyobraża sobie w tamtym czasie wyjścia poza sferę domowego komfortu rodzica, wciąż tęskni za powrotem do zawodowych obowiązków. I właśnie moment, w którym opisuje swoją rozmowę z potencjalnym pracodawcą, dosłownie wbił mnie w kanapę. Kiedy Michelle wybiera sie na rozmowę o pracę, jest mamą trzylatki i trzymiesięcznego bobasa. To bardzo wczesna pora. W naszych polskich warunkach wręcz nie do pomyślenia – przecież ojciec ma prawo nawet nie przerywać swojej kariery, ale matka musi, a najlepiej na całe trzy lata! (Nie zrozumcie mnie źle – uważam, że każdy rodzic powinien mieć prawo opieki nad swoim dzieckiem i obserwowania jego rozwoju do czasu osiągnięcia oprzez nie wieku przedszkolnego i wciąż boleję nad tym, że presja społeczeństwa nakazuje powrót do pracy zaraz po urlopie macierzyńskim, czy ojcowskim. Jednocześnie nie rozumiem braku możliwości wcześniejszego powrotu po pracy przez kobiety, które nie chcą korzystać z tego urlopu w pełnym wymiarze. Ja sama chciałam wrócić do pracy po miesiącu by nie przerywać stażu, nie miałam jednak prawa tego zrobić…)

Wracajac więc do Michelle Obamy i jej rozmowy kwalifikacyjnej – otóż przedstawiła ona swojemu potencjalnemu pracodawcy odważnie i bez kompleksów warunki, jakie musi on spełnić by Michelle na poważnie rozważyła powrót do pracy. Przede wszystkim zażądała elastycznych godzin pracy, by mogła w każdej chwili pobiec do swojej młodszej córki i toważyszyć jej w ważnych momentach, jak np. pierwszy niemleczny posiłek, pierwsze kroki, czy pierwsze wypowiedziane przez nią słowa. Po drugie poprosiła o możliwość pracy w domu jeśli praca w danej chwili nie będzie wymagała siedzenia w biurze. I wreszcie po trzecie, najważniejsze, Michelle jasno i wyraźnie sprecyzowała swoje oczekiwania co do wynagrodzenia: miało być zwiększone o koszty zatrudnienia opiekunki do dzieci, oraz… zatrudnienia pomocy domowej, „dzięki czemu mogłaby odstawić płyn do mycia naczyń i spędzić wolny czas na zabawie z dziewczynkami”!!!

EUREKA! To tak oczywiste rozwiązanie, że aż nie mogłam zrozumieć dlaczego nigdy o podobnym nie pomyślałam, ani nie usłyszałam. Michelle musiała być wystarczajaco stanowcza w swoich żądaniach, bo bez problemu dostała tę pracę.

Wiem, większość z Was pewnie teraz mruczy pod nosem, że Polska to nie Ameryka, że u nas takie wymagania nie przejdą, że możemy sobie pomarzyć… A może po prostu powinnyśmy uświadomić całemu społeczeństwu, że wychowanie dzieci to obowiązek i jednocześnie PRAWO obojga rodziców, tak samo jak ich praca! Zamknęliśmy się już dawno w ramach tego co wypada, a co nie, co wolno, czego nie wolno, o co możemy prosić i czego możemy od naszych szefów wymagać. Ale jednoczesnie nigdy nie próbujemy stawiać sprawy w sposób sprawiedliwy nie tylko dla pracodawcy, ale również dla naszych rodzin.

 

Jestem nauczycielką, pracuję w szkole publicznej, więc wydawałoby się, że pole do manewru niczym Michelle Obama mam bardzo ograniczone zamkniętym i od lat nie ewoluującym systemem. A jednak od razu przypomniałam sobie podobną historię z własnego podwórka…

Był rok 2008. Właśnie wróciłam do pracy, pół roku po urodzeniu Emila, mojego „środkowego” dziecka ;-), po maksymalnym wykorzystaniu urlopu wypoczynkowego (to były czasy kiedy nie funkcjonował jeszcze roczny urlop macierzyński). Natalka wciąż była dwuletnim brzdącem, ledwo nauczyła sie chodzić.

Wróciłam we wrześniu do pracy i otrzymałam plan moich zajęć: etat rozbity na pięć dni przy 18 godzinach lekcyjnych, do tego 3 puste okienka i pensja 1100zł…

Szybko to sobie przekalkulowałam i uznałam, że mój powrót do pracy nie ma najmniejszego sensu. Opieka nad dziećmi i dojazdy do pracy kosztem miały przewyższyć moje zarobki. Podjęłam trudną decyzję, wróciłam do ówczesnego dyrektora szkoły i oznajmiłam, przedstawiajac mu moje argumenty, że wracam na urlop wychowawczy. Wolałam zrezygnować zupełnie z pensji i być z moimi dziećmi, niż zostawiać je codziennie na pół dnia i nic na tym nie zarabiać. Mojemu dyrektorowi musiało zależeć jednak na osadzeniu etatu nauczyciela anglisty, bo zaproponował mało dla pracownika opłacalną redukcję etatu o 1-2 godziny, która jednak dałaby prawnie legalną możliwość pracy cztery dni w tygodniu. Poczułam, że to jedyna szansa by przedstawić mój punkt widzenia, czyli punkt widzenia młodej matki, która dosyć miała stereotypowego podejścia mężczyzn do kobiecych możliwości „logistyki wychowawczej”. Powiedziałam: ok, pozostanę w pracy, zgodzę sie na redukcję etatu. Ale w zwiazku z tym mój plan zajęć zostanie zredukowany do maksymalnie dwóch dni, tak by nie zawierał pustych godzin, podczas których ja musiałabym przebywać w miejscu pracy, nie otrzymując za to wynagrodzenia, choć wciąż musiałabym zapłacić za te godziny opiekunce, która w tym czasie miała pilnować moich dzieci.

Przy redukcji etatu nawet o 1-2 godziny, moja pensja miała być jeszcze niższa i miałam stracić kilka pracowniczych przywilejów, więc naprawdę czułam, że powinnam postawić swoje żądania z należyta stanowczością.

Udało się. Dyrektor przyjął moje warunki. Ja zatrudniłam opiekunkę, która zajmowała sie moimi dziećmi dwa dni w tygodniu, podczas gdy ja realizowałam „zredukowany etat” w wymiarze 16 godzin, a całą resztę obowiązków zawodowych mogłam wykonywać w domu.

Przez wiele lat zachwycałam się wielkodusznością mojego pracodawcy – jakież trzeba mieć wielkie serce by pomóc młodej matce w wygodnym powrocie do pracy! Faktycznie, wykazał się w tamtych warunkach dużą elastycznością, chcę wierzyć, że również serdecznymi intencjami, a może nawet wyjątkowym talentem w zarządzaniu zespołem. Możliwe jednak jest też to, że uległ mojej stanowczości, albo że po prostu musiał obsadzić ten etat i zależało mu po prostu na jakimkolwiek nauczycielu.

Dziś nie ma to już większego znaczenia, bo właśnie uświadomiłam sobie, że takie elastyczne reguły powrotu kobiety do pracy po urodzeniu dziecka powinny być normą. Waszym przemyśleniom, Kochane Dziewczyny,  pozostawiam pytanie, czy to pracodawcy o nas nie dbają, czy po prostu my nie mamy odwagi by upomnieć się, a jak trzeba – zawalczyć o nasze prawa i prawa naszych dzieci… Choć wtedy o tym tak nie myślałam, tamten „bunt pracowniczy” był jak do tej pory chyba jedynym słusznym cichym apelem jaki wystosowałam w sprawie praw pracujących matek. Ten wpis jest kolejnym i mam nadzieję, że zasieje jakieś pozytywne ziarno…

Ps. Z wielką przyjemnością doczytałam książkę do końca i Wam również polecam jej lekturę 😉 A moim koleżankom z pracy, oraz Uli, dziękuję za inspirację!

Dodaj komentarz

Zamknij

O której kawa?!