W stronę bezpiecznej Sardynii, czyli coś o podróżowaniu w czasach pandemii.

W stronę bezpiecznej Sardynii, czyli coś o podróżowaniu w czasach pandemii.

Wybór samej Sardynii wydawał się oczywisty po zeszłorocznej podróży na Minorkę – poza kilkoma greckimi wyspami, podobno tylko Sardynia może pochwalić się równie rajskimi plażami, krystalicznym spokojnym morzem i względnym spokojem w sezonie, a tego właśnie szukamy wybierając się na wakacje. Poza tym Sardynia to jedna z kilku na świecie „wysp stulatków”, czyli miejsce gdzie długość życia mieszkańców jest wyraźnie wyższa niż gdzie indziej na świecie. Bardzo kusiła mnie możliwość podjęcia próby odkrycia tej tajemnicy długowieczności jej mieszkańców. Wtedy jeszcze nie przypuszczaliśmy, że spokój i brak tłumów będzie jednym z charakterystycznych elementów tegorocznych wakacji w całej Europie…

Choć planowany od roku, pod koniec kwietnia właściwie pogodziliśmy się z tym,  że ten wyjazd nie dojdzie do skutku…

Bilety lotnicze kupiliśmy już w październiku poprzedniego roku i właściwie od razu zaczęłam planowanie. Na początku dołączyłam do kilku zamkniętych grup miłośników tej wyspy. Tak poznałam Alicję Stolarczyk, autorkę przewodników po tej rajskiej wyspie i to ona ostatecznie pomogła nam zdecydować która część Sardynii będzie dla nas odpowiednia na pierwszą wizytę. Liczne piaszczyste niezatłoczone plaże, dzika przyroda, brak typowych komercyjnych atrakcji, duża szansa na zagłębienie się w lokalną kulturę, smaki, styl życia „lokalsów”, a jednocześnie przyjemne dla oka widoki, tawerny, lodziarnie i supermarkety pod ręką – wybór padł na Porto Pino, małą turystyczną miejscowość na południowym zachodzie wyspy. Szybko przekonałam się też, że takie wspomniane facebookowe grupy miłośników mogą być dużo lepszą bazą ofert noclegowych, niż słynne Booking, czy Airbnb. A to dlatego, że członkami takich grup są Polacy mieszkający na wyspie, lub znające ją bardzo dobrze i mogą polecić sprawdzone i często dużo tańsze niż na Bookingu miejscówki. Tak też było w naszym przypadku. Alicja skontaktowała nas z Ewą, Polką mieszkającą w okolicy Porto Pino i to ona pomogła nam w wynajęciu domu.

Początkowe plany obejmowały pobyt 10-dniowy, a cena wynajmu tego domu (ok. 100-metrowy, dwie sypialnie, salon, kuchnia z jadalnią, duży taras, dom chwilę po remoncie, 350m od plaży) dla naszej 5-osobowej rodziny to niecałe 1000 euro – nie ma szans na taka ofertę kwatery na Sardynii z Bookingu 😉 Warto więc rozważyć taki wariant szukania noclegu.

Brakowało już tylko samochodu – Sardynia do duża wyspa i choć funkcjonuje tam transport publiczny, dużo wygodniejsze jest poruszanie się po okolicy samochodem – tak doradzali inni podróżnicy na grupach. Dlatego już w grudniu postanowiliśmy wynająć auto na cały pobyt. Cena nie była wtedy jeszcze wysoka, około 600zł na 10 dni z podstawowym ubezpieczeniem. Po wynajęciu auta, mogliśmy już spokojnie czekać na nadejście lata i wymarzonych wakacji.

Niestety, wybuch pandemii Covid 19 mocno zakłócił nasze spokojne oczekiwanie tej podróży. W kwietniu wiedzieliśmy już, że loty zagraniczne nie będą raczej możliwe, a Sardynia to przecież Włochy, które w tamtym czasie najbardziej cierpiały z powodu pandemii kononawirusa. Zaczęliśmy martwić się o odzyskanie poniesionych kosztów za bilety lotnicze i wynajem auta. Na szczęście właściciele wynajętego przez nas domu z charakterystycznym dla Sardyńczyków spokojem uparli się na umowę „na słowo”(a umowa niepisana jest na Sardynii równie wiążąca jak ta pisemna!), więc nie wpłacaliśmy wcześniej żadnej zaliczki. Mimo wszystko postanowiliśmy czekać na rozwój wydarzeń, czekaliśmy aż EasyJet sam odwoła loty, wtedy była szansa na odzyskanie pieniędzy. Gdybyśmy zdecydowali się sami zrezygnować z rezerwacji, szansa na odzyskanie poniesionych kosztów była bardzo niewielka. Czekaliśmy więc…

W maju prognozy ekspertów wieściły, że pierwszym rejonem Włoch wolnym od Covidu będzie właśnie Sardynia. Nie pomylili się. Na początku czerwca wyspa byłą już wolna od wirusa, jednak turystów z zagranicy zaczęto „wpuszczać” na jej terytorium dopiero pod koniec miesiąca. Polskie granice wciąż były w czerwcu zamknięte i choć mieliśmy lecieć z Berlina, nie byliśmy pewni czy bez problemu wrócimy do kraju. Ale i ten problem rozwiązało zniesienie ograniczeń, granice zostały otwarte, zniesiony został nakaz dwutygodniowej kwarantanny dla przybywających z krajów Unii Europejskiej. Mimo to EasyJet na dwa tygodnie przed naszym wylotem odwołał go… Musieliśmy podjąć szybką decyzję. Wspólnie z Marcinem zdecydowaliśmy się skorzystać z możliwości bezpłatnego przesunięcia podróży o kilka dni, niestety w konsekwencji musieliśmy skrócić pobyt do 7 dni, a przez to i rezerwacja domu okazała się już nieaktualna. Ewa, o której wspomniałam wcześniej, pomogła nam wynająć nowe lokum. Niestety, już  nie w samym Porto Pino, tylko w oddalonym o kilkanaście kilometrów Is Solinas…

W chwili kiedy wylatywaliśmy z niemal pustego lotniska Tegel w Berlinie, bilans zachorowań w Polsce wynosił około 250 nowych przypadków Covid 19 dziennie. Na Sardynii – 0. 🙂

Zapraszam Was więc na moją relację z rodzinnej sardyńskiej przygody, która pomimo wielu przeciwności, jednak odbyła się niemal zgodnie z planem…

Lata się w czasie pandemii bardzo dziwnie. Samoloty się nie spóźniają, lądują wcześniej niż zakłada to plan (zapewne z powodu bardzo niedużego ruchu w przestrzeni powietrznej), pasażerowie w maseczkach, pomiar temperatury, pytanie o specjalną „covidową” aplikację przy wejściu na pokład (dotyczy to tylko Sardynii), wypełnianie dodatkowych formularzy, lotnisko puste, nawet bagaże podręczne wędrują do luku, przez co bez dodatkowych opłat wchodzimy na pokład ‚hands-free’, obsługa nudzi się przy kontroli bagażowej, pracownicy siedząc na taśmie opowiadają sobie dowcipy i znudzeni czekają na nadejście podróżnych – obrazek jakiego jeszcze nie widziałam, ale na pewno zapamiętam na całe życie. Między innymi też z tego powodu to były wyjątkowe, acz leniwe wakacje od początku do końca.

Pogoda była dla nas łaskawa, dolatując na wyspę mogliśmy podziwiać jej białe i złote wybrzeża, oraz szmaragdowe wody w całej okazałości 🙂 Lotnisko w stolicy wyspy, Cagliari jest ładne, dość duże jak na wyspę. Auto ostatecznie (po zmianach w rezerwacji i stosunkowo niewielkiej dopłacie) wynajęliśmy od firmy B-rent, która ma swoje biuro na lotnisku. Szybko odebraliśmy je przy terminalu i ruszyliśmy w stronę Is Solinas. Postanowiliśmy nieco wydłużyć trasę by jechać w całości drogą wzdłuż wybrzeża, jednak w połowie trasy zmieniliśmy strategię i pojechaliśmy przez góry. Widoki piękne, ale kręta górska kilkudziesięciokilometrowa trasa to dla kierowcy nie lada wyzwanie.

 

Nasz domek na plaży

Dojechaliśmy do naszego domku na plaży około południa. Pierwsze wrażenie – plaża byle jaka, pochmurno i wietrznie, dom na kompletnym „zadupiu”… Co prawda administracyjnie to okolice miasteczka Masainas, w którym można nawet zjeść pyszne lody i pizzę, jednak nasz dom oddalony był od tego miasteczka o ponad 5 kilometrów…

Na miejscu czekali już na nas właściciel domu Vinicio i Ewa, której obecność była niezbędna, gdyż Vinicio mówi tylko po włosku, a my po włosku umieliśmy się tylko przywitać. Szybko poprawiły się nasze początkowo kiepskie nastroje, gospodarz przygotował nam w kuchni na powitanie pyszne spaghetti (okazało się, że w pobliskim miasteczku Sant’ Anna Arressi ma swoją pizzerię), a Ewa poleciła kilka miejsc w okolicy. Co więcej, okazało się, że cena za wynajem domku na tydzień jest o 100 euro niższa niż początkowo ustaliliśmy, a sam domek miło nas zaskoczył. Był wyposażony we wszystko czego potrzebowaliśmy, z trzema sypialniami na górze, na dole duży salon, wygodna łazienka, jadalnia i kuchnia, na zewnątrz duży taras z widokiem na morze i na mały lokalny port/przystań. W kuchni włoskie oliwy, wino, przyprawy, makarony i wszelkie dodatki do nich. W łazience kosmetyki, ręczniki, nawet szczoteczki do zębów – od razu poczuliśmy się jak w domu 🙂

Pisząc to dziś ogromnienie tęsknię za tym domkiem, zwłaszcza za porankami na tarasie lub na plaży z kawą, kiedy przystań budziła się do życia i podsłuchiwałam włoskie rozmowy właścicieli przycumowanych tu łodzi, których kompletnie nie rozumiałam, ale które były tak przyjemne dla ucha… tęsknię też za przepięknymi zachodami słońca 🙁

Plaża w Is Solinas

Lokalna plaża to popularne miejsce wypoczynku wśród ‚lokalsów’, którzy wolą uciec od turystów z kontynentu. Nie ma tu barów, lodziarni, ani leżaków z parasolami do wynajęcia. Najbliższy przyplażowy bar był oddalony od nas o około dwa kilometry. Serwuje się tam pyszną mrożoną kawę, która bardzo posmakowała Natalce, więc i tak spacerowaliśmy tam plażą. Jest piaszczysta, ale poprzez specyficzne położenie dość wietrzna, dlatego popularna wśród kitesurferów. Z plaży ładny widok na pobliską wysepkę Sant’ Antioco, którą opiszę później.

W słoneczne dni plaża okazała się dużo ładniejsza i przyjemniejsza do plażowania. Woda była zwykle cieplutka, dno długo płytkie, na plaży byliśmy niekiedy zupełnie sami, a mimo to zawsze na służbie byli ratownicy. Do tego codzienne darmowe spektakle z akrobacjami kitesurferów! Było na co popatrzeć. Chłopaki zachwycali się muszelkami znalezionymi na brzegu, szkoda, że prawo na Sardynii zabrania wywożenia ich z wyspy, musieliśmy je wszystkie pozostawić na plaży:(

 

Wygląd plaży psują jedynie wodorosty Neptuna, których mnóstwo jest na plaży i w morzu, ale zdajemy sobie sprawę, że ich obecność świadczy jedynie o czystości wód otaczających wyspę. To bardzo charakterystyczne zjawisko w basenie Morza Śródziemnego i wydaje się, że miejscowym zupełnie to nie przeszkadza. Czasami jest ich więcej, czasami mniej przy brzegu, zakrywają trochę kolory, co mnie akurat bardzo przeszkadzało, ale do podziwiania widoków były dla nas inne plaże 😉

Na tyłach plaży rozciągają się piękne białe wydmy, które są początkową (lub końcową) częścią całego chronionego obszaru, którego drugi kraniec jest w Porto Pino. Ostatni dzień przed odlotem spędziliśmy w całości w domku i na tej właśnie plaży to był bardzo miło spędzony czas 🙂

 

Wysepka Sant’ Antioco

Na wysepkę przeznaczyliśmy jeden dzień, zaplanowaliśmy zwiedzenie miasteczka Calasetta na północy i poplażowanie na jednej z plaż. Na wysepkę Sant’ Antioco można wygodnie przejechać groblą, która łączy ją z dużą Sardynią. Jadąc tą drogą obserwujemy stawy z różowymi flamingami, chwilami mamy wrażenie, że jedziemy po wodzie, bo droga jest bardzo wąska 🙂

Miasteczko portowe Calasetta jest w większości biało-niebieskie, trochę greckie klimaty. Jest spokojne i naprawdę urokliwe. Ma dwie dość ładne miejskie plaże i duży port. Są restauracje (niestety zamknięte do samego wieczora, ale o tym później) i tawerny z przekąskami i lodami. Kilka ciekawych punktów historycznych, punkt widokowy przy wieży Torre Calasetta i piękna śródziemnomorską roślinność, oraz liczne palmy wyrastające z ulicznych płyt.

Po zwiedzeniu miasteczka wyruszyliśmy na poszukiwanie ładnej bezpiecznej plaży. Ewa poleciła nam plażę Maladroxia, jednak po dotarciu na miejsce uznaliśmy, że choć faktycznie jest bardzo ładna, to jednak zbyt zatłoczona. A my woleliśmy unikać dużych skupisk ludzi, za którymi nawet w normalnych warunkach nie przepadamy.

Tak prezentuje się plaża Maladroxia

Warto zaznaczyć, że na wyspie jest wiele przeróżnych plaż, więc każdy znajdzie nawet na tej jednej małej wysepce idealną plażę dla siebie.

 

Cala Lunga – piękna spokojna plaża wśród skał

Przejechaliśmy na drugą stronę wyspy i postanowiliśmy pozostać na malowniczej Cala Lunga. Na plaży było bardzo niewielu plażowiczów, a mimo to odbyło się podczas naszej obecności kontrolne przeliczenie wypoczywających przez lokalną policję, choć odbyło się to sprawnie i nie zakłóciło w żaden sposób wypoczynku. Plaża Cala Lunga jest piaszczysta, otoczona klifami, temperatura wody przyjemna, skały chronią ja przed dużymi falami, na dnie miejscami można natknąć się na większe kamienie, ale nie ma ich wiele. To bardzo dobra plaża na wypoczynek z dziećmi, jeśli znudzi się komuś leżenie na piasku, można przenieść się do jednego ze skalnych „pokoików” i odpocząć na gorących skałkach, z których można podziwiać plażę z nieco innej perspektywy. Zasypana jest pięknymi muszelkami.

 

Cudowne Porto Pino

To miejscowość, w której pierwotnie mieliśmy zamieszkać i trochę żałuję, że to się nie udało. Właściwie Porto Pino administracyjnie jest dzielnicą miasteczka Sant Anna Arressi. Więcej tu oznak cywilizacji, to takie typowe spokojne nadmorskie miasteczko, bardzo ładne, z pięknym portem wśród palm, dwiema głównymi plażami i kilkunastoma dzikimi w pobliżu. Jest tu pyszna lodziarnia Gelateria Sotto le Stelle, w której jadaliśmy pyszne desery po powrocie z plaży, oraz restauracja Il Cormorano, serwującą przepyszną pizzę i owoce morza, również na wynos. To tu zamówiliśmy najlepszą rybę i smażone owoce morza, jakie w życiu jadłam! Mniam! Zjedliśmy je już w domu na tarasie przy zachodzie słońca, co jeszcze podbiło ich genialny smak.

 

La Prima Spaggia w Porto Pino

Pierwsza miejska plaża, która znajduje się najbliżej dużego parkingu i Mariny. Mieliśmy tu spędzić cały dzień, ale tak jak w przypadku Maladroxii, uciekliśmy z niej z powodu zbyt dużej ilości plażowiczów, oraz wodorostów. Plaża mimo wszystko faktycznie jest duża, piaszczysta, woda płytka i bezpieczna dla dzieci.

Z tej plaży widać już było jednak piękne tereny Is Arenas Biancas, czyli białe wydmy przy drugiej plaży i to tam udaliśmy się od razu…

Spaggia Le Dune, czyli druga plaża w Porto Pino

Jeśli lecieliśmy na Sardynie w poszukiwaniu rajskich plaż, to bez wątpienia tu jedną z nich odnaleźliśmy. Spaggia Le Dune jest oddzielona od pierwszej plaży tylko plażą dla psów, ciągnie się na około 3 km, ale my wypoczywaliśmy w jej końcowej części, moim zdaniem najpiękniejszej (przespacerowaliśmy się z Marcinem po jej całości, więc wiem co piszę;-)), najspokojniejszej i w ogóle naj! To tutaj znajdują się wydmy Is Arenas Biancas, czyli prawdziwy skarb tych terenów, a stanowią one tło tej przepięknej bajkowej plaży. Żeby tu dotrzeć, trzeba najpierw przejechać około trzech kilometrów szutrową dość niewygodną drogą, zostawić samochód na parkingu, a potem przespacerować się ok. 300m rozlewiskami, które bywa, że czuć dość intensywnie (podobno to algi, które od czasu do czasu dają o sobie w dość nieprzyjemny sposób znać), ale widok jest już bardzo przyjemny. Na końcu tej niedługiej wyprawy jest widok o jakim się zwykle marzy w kontekście rajskich wakacji 🙂

Z powodu jednak nie tak łatwego (choć też wcale nie trudnego, skoro ja i moje marudy kilkakrotnie daliśmy radę w ciągu tygodnia) dojazdu, na plaży nigdy nie jest tłoczno, są w sumie trzy bary, w których można wynająć leżaki z parasolami (dość drogo: 20-25 euro za dwa leżaki z parasolem), nigdy nie były zajęte w całości, a raczej zwykle wypoczywało na nich po kilka osób.

Wejścia na wydmy czasami strzeże pracownik rezerwatu, wtedy nie ma szans na nie wejść. Ale nawet wtedy można zadowolić się wydmami za plażą, które są może tylko nieco niższe, ale poza tym równie piękne, białe z drobniutkim piaskiem. Więcej pisać nie trzeba, zdjęcia prawie oddają cały urok tego miejsca. Klimatu, zapachu i tego przyjemnego ciepła pod stopami, niestety, nie mam jak przekazać, trzeba więc pojechać 😉 A zdjęć jest tyle, że wybrać ciężko, wrzucam więc ich wiele, choć to w sumie niewiele w porównaniu z tym co napstrykaliśmy 😉

 

 

Plaża Porto Tramatzu

Pewnego dnia Ewa uprzedziła, że u nas może od wiatru urwać głowę i poleciła plażę niedaleko Porto Teulada, oddaloną od nas zaledwie o 20 minut drogi autem. W przewodniku Alicji wyczytała, że plaża Tramatzu otwarta jest dla cywili dopiero od stycznia 2019 roku, wcześniej należała do terenów wojskowych. Ponieważ spodziewałam się, że w związku z tym będzie wolna o dużej komercji, pojechaliśmy. Plaża faktycznie jest spokojna, piaszczysta, bardzo ładna. Niestety, przy brzegu znów pełno było wodorostów, więc Maciek nie chciał wchodzić do wody, kiedy już go przekonaliśmy, okazało się, że woda była wyjątkowo zimna, więc i nam odechciało się kąpieli. Zostalibyśmy na samo „suche” plażowanie, jednak pozorny spokój w powietrzu co chwilę perzyrywały silne porywy wiatru, które wręcz wyrywały parasole, więc nie zagościliśmy tu długo. Ale plaża jest rzeczywiście bardzo przyjemna.

 

Wydłużona sardyńska siesta, która mocno dała nam się we znaki…

Dla tych, którzy marzą o popołudniach spędzonych w restauracji przy zastawionym lokalnymi przysmakami stole, mam smutną wiadomość. Siesta na Sardynii to norma i nie kończy się o 17.00. Większość restauracji otworzy drzwi dla klientów najwcześniej o 20.00, niektóre o 19.00, bardzo nieliczne (ze  świecą szukać!) o 18.00. Z tego powodu byliśmy zmuszeni jeść głownie pizzę (pizzerie, w tym naszego gospodarza Vinicio w Sant Anna Arressi, są otwierane nieco wcześniej), ewentualnie wieczorem wyskoczyć po coś na wynos, albo gotować w domu. Niby szczegół, ale jednak wiele zmienia. Być może gdybyśmy mieszkali w centrum miasta, wychodzilibyśmy wieczorami na kolacje. Niestety, odległość naszego domu na odludziu od najbliższego mało ciekawego miasteczka wynosiła 5km, a my jesteśmy nauczeni obiad jeść po południu. Poza tym decydując się na wyjazd do miasta wieczorem, Marcin nie mógłby nawet piwka lub wina do posiłku wypić (a wino do kolacji śródziemnomorskiej to przecież podstawa!), bo trzeba jakoś dojechać do domu. Bardzo zepsuło nam to ogólne wrażenie, gdyż wakacje za granica kojarzą nam się właśnie miedzy innymi ze smakowaniem i biesiadowaniem w miejscowych restauracjach. Szanuję jednak lokalne tradycje, być może ten długi odpoczynek za dnia i biesiada wieczorami, są jednym z sekretów długowieczności Sardyńczyków?… Faktycznie luz, spokój, brak pośpiechu, wyczuwa się tam na każdym kroku. Dlatego tak wielu ludzi uważa Sardynię za idealne miejsce na odpoczynek od zgiełku codziennego życia w pośpiechu.

Nasze posiłki najczęściej więc wyglądały tak..

Muszę jednak dodać, że rejon, w którym my wypoczywaliśmy jest jednym z najspokojniejszych na wyspie, Alicja (wspomniana już wcześniej przeze mnie miłośniczka Sardynii i autorka przewodników po wyspie) uspokoiła mnie, że w innych, bardziej popularnych wśród turystów miejscach, jak Villasimius, Chia, czy popularnym na północy Szmaragdowym Wybrzeżu (Costa Smeralda) i historycznym mieście Alghero, siesta nie trwa aż tak długo, a nawet można znaleźć restauracje otwarte cały dzień 🙂 Ale tam w ogóle życie toczy się z pewnością nieco szybciej niż na leniwym południu, haha.

Jak wrażenia?

Ja wróciłabym na Sardynię nawet jutro. Wróciłabym z powrotem do naszego domku na odludziu, gdzie nocami, kiedy wszystkie łodzie były już przycumowane w przystani, a ostatni plażowicze wrócili do domów,  mogliśmy czuć się jak samotni gospodarze całej okolicy. Wróciłabym na wyspę by odkryć jej liczne zakątki, inne, nieco bardziej cywilizowane, rejony, poleżeć na pozostałych rajskich plażach południa (widzieliśmy tylko promil całego piękna sardyńskiego wybrzeża), zobaczyć podobno zupełnie odmienną, ale równie piękną północ. Musiałam pójść z moim mężem na kompromis i odpuścić kilka miejsc tym razem, bo dalsze forsowanie kolejnych wypraw groziło rozstrojem małżeńskiej harmonii 😉 Marcin miał dosyć jeżdżenia, odległości są dość duże, nawet w obrębie jednego regionu. A trasy, choć malownicze, stanowią dla kierowcy wyzwanie ze względu na ukształtowanie terenu.

Podobno Sardynią łatwo można się zarazić, czego dowodzą liczni Polacy wracający tam uparcie od lat. Wcale mnie to nie dziwi, bo Sardynia ma naprawdę wyjątkową aurę. Moi domownicy twierdzą jednak, że woleliby wrócić na Minorkę, która jest równie piękna, a na tyle maleńka, że można ją całą zwiedzić w czasie tygodnia, no i „zjeść można o normalnej porze”, hehe.

Z doświadczenia wiem, że za kilka tygodni Marcin i dzieciaki będą już na Sardynię patrzeć inaczej – zapomną o niedogodnościach życia na odludziu, o trudach poruszania się krętymi górskimi drogami, o pustych żołądkach po powrocie z plaży i o cholernie silnych wiatrach w pierwszych dniach naszego pobytu na wyspie. Wtedy będą wspominać już tylko te bajeczne lazurowe plaże, białe gorące wydmy, kolacje przy zachodzie słońca, muszelki na plaży, pyszne lody, pizzę i najlepszego na świecie leszcza morskiego z restauracji w Porto Pino…

Podsumowanie kosztów:

loty Berlin- Sardynia, Sardynia-Berlin: 560 euro (ok. 2.600PLN)

wynajem domu w Is Solinas na tydzień: 700 euro (ok.3.100PLN)

wynajem auta Citroen C3 na tydzień: ok. 220 euro (ok. 1.000PLN)

dodatkowe ubezpieczenie auta: 105 euro (470PLN)

paliwo (ok.40litrów): 59 euro/1.48 euro za litr (ok.260zł)

Razem: ok. 1650 euro (ok. 7.400PLN)/5 osób                                       (bez wyżywienia i dodatkowych wydatków)

+ życie codzienne bez oszczędzania: niecały 1000euro (ok. 4.000PLN)

RAZEM: ok. 11.400PLN/5 osób, czyli niecałe 2.300/os.

 

Jeśli wybieracie się na Sardynię, z całego serca polecam przewodniki Alicji Stolarczyk, które bardzo pomogły nam zaplanować te wakacje. Odsyłam na strony Alicji, tam mnóstwo przydatnych wskazówek, jak i polecane kwatery:

https://www.sardynia-wakacje.com/

https://wakacje-sardynia.blogspot.com/

https://www.facebook.com/alicja.stolarczyk.39

Jeśli chcecie skontaktować się z Ewą, Polką mieszkającą w okolicy Porto Pino, która również bardzo pomogła nam w zorganizowaniu pobytu, piszcie na priv 🙂

 

Tyle z Sardynii, a tymczasem pakujemy się do kolejnej podróży koleją po Polsce, więc niebawem kolejny wpis w zakładce MAMA W PODRÓŻY 😉

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Zamknij

O której kawa?!