PALCEM PO MAPIE – TAK ZACZYNAMY KAŻDĄ PODRÓŻ!

PALCEM PO MAPIE – TAK ZACZYNAMY KAŻDĄ PODRÓŻ!

Na chwilę przed naszą kolejną „podróżą w nieznane”, postanowiłam w jednym wpisie zawrzeć odpowiedzi na najczęstsze pytania, jakie w związku z moimi wyjazdami są mi zadawane przez osoby, którym taki rodzaj podróżowania „na własną rękę” jest jeszcze nieznany…

Każdy wyjazd zaczynam „palcem po mapie”!

Dosłownie 🙂 Jak tylko wracamy z podróży, od razu zabieram się za planowanie kolejnej, surfując palcem po Google Earth. Dawniej „palcem po mapie” mówiła moja mama, kiedy pytałam ją czy wyjedziemy na wakacje za granicę… Nie miała pojęcia, jak jej słowa w przyszłości miały zmienić znaczenie ;-))))

Dziś razem planujemy „palcem po mapie” również nasze wojaże koleją po Polsce…, tyle że w tym palcu jest teraz moc latania nad miastem, przybliżania, a niekiedy prawie zaglądania ludziom do okien, haha 😉

Zaczynam od odpalenia map Googla, szukam ładnych miejsc po… kolorze wody! Tam gdzie widzę wyjątkowe odcienie błękitu, robię zbliżenie i sprawdzam miejsce. O dziwo, nigdy nie okazuje się to coś, co znam dobrze, często nie znam tych miejsc nawet z nazwy, haha. Kiedy już jakiś punkt zwróci moją uwagę, sprawdzam jego okolice, obserwuję linię brzegową (bywa, że nad wodą są same klify, wtedy oczywiście szukam dalej piasku, lub przynajmniej żwirowej plaży), dostęp do lotniska, oraz opinie w Google.

Pamiętajmy o sprawdzeniu bezpieczeństwa!

Każde miejsce, które wydaje mi się interesujące turystycznie, sprawdzam też pod względem bezpieczeństwa. Na polskich stronach rządowych bez problemu znajdziemy zarówno informacje o sytuacji politycznej, epidemiologicznej, jak i ewentualne informacje o zagrożeniach naturalnych, terrorystycznych, czy gospodarczych (eObywatel – zakładka POLAK ZA GRANICĄ). Znajdują się tutaj również szczegóły dotyczące wjazdu do danego kraju/regionu związane z sytuacją epidemiologiczną COVID-19.

Można też sprawdzić najnowsze info o sytuacji w danym miejscu, wpisując w wyszukiwarce internetowej hasło „wjazd do…… bezpieczeństwo”. Piszę o tym, bo wiele osób tego nie robi, a można w ten sposób uniknąć wyrzucenia pieniędzy w błoto i płaczu na lotnisku 😉

Podstawa – znaleźć tanie i bezpośrednie połączenie.

Następnie odpalam wyszukiwarkę lotów (najwygodniej jest mi korzystać z eSky), ale służy mi ona tylko do ustalenia, czy w okolice wybranego miejsca uda nam się dolecieć bezpośrednio z Polski lub z Berlina, bo jest niedaleko. Nie kupuję tu biletów. Kiedy już wiem, że w okresie wakacyjnym są tanie loty („tanie loty” to w moim rozumieniu loty w takiej cenie, że za bilety w obie strony dla całej mojej 5-osobowej rodziny nie wydam więcej niż 2-2,5 tys.zł), wędruję na strony internetowe konkretnych linii lotniczych (Ryanair, Wizzair, PLL Lot, easyJet). Ponieważ często wyszukuję przeróżne loty, ściągnęłam sobie dla wygody aplikacje tych linii lotniczych, wtedy wyszukuje się łatwiej. Szukam więc lotów w obie strony w odstępie 7-12 dni, bo takiej długości wakacje nas interesują i kiedy już wiem, że bez problemu można takie znaleźć, sprawdzam bazę noclegową. Na tym etapie jest jeszcze dość wcześnie (sierpień/wrzesień na rok przed wylotem), nie muszę jeszcze kupować biletów lotniczych (chyba, że cena wynosi już niecałe 100zł, ale to nam się jeszcze nie zdarzyło), obserwuję jak zachowują się ich ceny, kupuję je dopiero w październiku/listopadzie, kiedy zdążę już coś uzbierać. Później ceny lotów idą w górę, a wiosną trudno już o atrakcyjne cenowo połączenia. Najlepiej kupować bilety lotnicze w okresie od października do stycznia.

Dlaczego nie przeszukuję ofert biur podróży?

Właściwie to co napisałam wyżej stanowi znaczną część odpowiedzi. Bardzo trudno jest znaleźć z biura podróży ofertę wakacji np. na Minorce, czy Lefkadzie, tym bardziej oferującą zakwaterowanie w pobliżu dziewiczych i nie zepsutych masową turystyką miejsc i pustych plaż, a takie właśnie miejsca mnie interesują i takie znajduję na mapie w początkowej fazie planowania wakacji.

Samodzielne planowanie wakacji daje mi wolność wyboru wymarzonego miejsca, wymarzonego domu/mieszkania, lub nawet pensjonatu, bez konieczności meldowania się w wielkim hotelu dla kilkuset, lub kilku tysięcy gości. To nie są klimaty, których szukamy podczas naszych rodzinnych wakacji. Na co dzień pracuję w dużej szkole, z tłumami zmagam się cały rok, na wakacjach nie jest mi to potrzebne, zwłaszcza w czasach covidu…

Biura podróży, z wiadomych powodów, przygotowują oferty, które przyciągną dużą liczbę klientów, a ci najchętniej wybierają znane i popularne destynacje, jak Kreta, Ibiza, Zanzibar, czy Teneryfa, itp. Uwierzcie, prawdziwe rajskie plaże można odnaleźć w Europie, nie trzeba lecieć na drugi koniec świata!

  

   

   

Myślę, że nawet lecąc na Ibizę, szukalibyśmy możliwie najspokojniejszego miejsca, najbardziej „prawdziwego” w tym regionie. Zwykle szukam tradycyjnych kwater, takich, które przybliżą nam zwyczaje, kulturę i historię miejsca, do którego się udajemy. Podróżujemy z dziećmi by pokazać im różnorodność świata, jego smaki, uroki przebywania wśród „lokalsów”, a niekoniecznie innych turystów.

Nie oznacza to, że szukamy totalnego „odludzia”, raczej spokojnych małych, mniej znanych turystycznych miasteczek, z tradycyjnymi tawernami, pamiątkami produkowanymi lokalnie, a nie w Chinach (…), dzikimi zatoczkami, ciekawymi trasami do pieszych wycieczek. Rok temu, trochę przez przypadek (konieczność zmiany kwatery przed samym wyjazdem z powodu przesunięcia lotów), wylądowaliśmy w samotnym domku przy pustej plaży, ale bez dostępu do sklepów, czy restauracji (musieliśmy wszędzie dojeżdżać samochodem). Miało to sporo zalet, domek był uroczy, spokój błogi, jednak brakowało nam cywilizacji.

 

Dlaczego nie all inclusive?

Po pierwsze, z powodów wymienionych wyżej. Po drugie, z chęci poznania lokalnych smaków. Śniadania przyrządzamy sami z tradycyjnych produktów, które kupujemy u lokalnych małych przedsiębiorców, często na targach, lub pojedynczych przydrożnych straganach (jak w Sant’Anna Arresi na Sardynii), a obiady/kolacje uwielbiamy smakować w lokalnych tawernach, o wybranej przez siebie porze, a nie w godzinach od-do.

Po trzecie, z powodów czysto ekonomicznych – jest nas 5 osób, trudno znaleźć, nawet na własną rękę, hotel z wyżywieniem w odpowiednim dla nas miejscu, który nie pozbawiłby nas budżetu na kolejne dwa wyjazdy… Z resztą, najczęściej w miejscach, które wybieramy trudno o rozbudowaną bazę hotelową.

Dodatkowym atutem zakwaterowania w wynajętym od lokalsów domu, czy mieszkaniu, jest to, że częstują nas swoimi przysmakami, a kuchnia bywa już wyposażona  w tradycyjne przyprawy, oliwy, czy wina. Z tym właśnie, między innymi, kojarzy mi się prawdziwe podróżowanie.

Jak szukać noclegów?

Zawsze zaczynam od Bookingu. Tutaj ofert prywatnych jest najwięcej, a i jest to dobra platforma do zorientowania się w cenach. Często jest tak, że w bardziej znanym miasteczku ceny są wysokie, a już 5 km dalej dużo niższe. Booking pokazuje nie tylko wyniki wyszukiwania w konkretnym miejscu, ale też  w jego okolicach. Przeszukuję też Casamundo, AirBnB, Agodę, Trivago, lokalnych pośredników (znajduję takie strony oczywiście na Google), ale nieocenionym źródłem wiedzy o regionie, ciekawych polecanych kwaterach, czy uroczych nieznanych ukrytych miejscach, są zamknięte grupy na Facebooku. Kiedy już znajdę na mapie miejsce, do którego chcę zabrać rodzinę, od razu dołączam do takich grup, zarówno polskich, jak i międzynarodowych (Facebook tłumaczy dziś wszystkie posty i komentarze w niemal każdym języku ;-)). Dyskusje w takich grupach pomagają mi ostatecznie „spiąć” plan wyjazdu.

Dodatkową zaletą wynajmu na własną rękę jest możliwość rezerwacji z opcją darmowego odwołania, lub opłacenia noclegów z dużym opóźnieniem, więc mam zwykle prawie cały rok na uzbieranie pieniędzy. Na Sardynii dane słowo jest wiążące, więc właściciele domów nie oczekują przedpłat, ani umów pisemnych, więc tam dom opłaciliśmy gotówką dopiero po przyjeździe 😉 Jeśli odpowiednio wcześnie dokonamy rezerwacji, znajdziemy zarówno komfortowy dom (w przypadku moich dzieci wymagania są dość zuchwałe: ładnie urządzony, przy plaży, z trzema sypialniami, salonem i jadalnią, wi-fi, ładnym widokiem, w pobliżu sklepów i restauracji, oraz sklepów z pamiątkami, ale W SPOKOJNYM MIEJSCU…), jak i zaoszczędzimy sporo, bo na niecały rok przed wyjazdem ceny są jeszcze „posezonowe” i baza niezarezerwowanych jeszcze kwater jest bardzo duża – do wyboru, do koloru 😉 Cena wynajmu całego komfortowego 100-metrowego domu może okazać się niższa niż pokoje w przeciętnym 2-gwiazdkowym hotelu.

 

Przemieszczanie się po wyspie/regionie – nie zawsze konieczne jest wynajmowanie auta!

Ostatnim etapem planowania podróży jest wynajem samochodu, którym będziemy poruszać się między lotniskiem, a miejscowością, w której wypoczywamy, oraz po okolicy. Trzeba to zrobić przynajmniej na pół roku przed planowanym wyjazdem, później ceny wynajmu dramatycznie rosną, a przed samym wylotem  nie ma już co marzyć o oszczędzaniu na wynajmie. Szukam na stronach lokalnych małych biur, pytam w grupach zamkniętych, porównuję ceny firm, polecanych zarówno przez linie lotnicze, jak i portale pośredniczące w wynajmie kwater. Wydaje mi się, że i w tej kwestii Booking jest bezkonkurencyjny – baza firm/aut jest chyba największa, a ceny najkorzystniejsze.

Nie trzeba na cały wyjazd wynajmować samochodu. Jeśli miejsce, do którego się udajemy jest dobrze skomunikowane z lotniskiem, auto można wynająć na jeden dzień, na kilka dni, lun wcale. Po Minorce można z powodzeniem podróżować autobusami, które są tanie i komfortowe, wyspa jest na tyle mała, że wszędzie jest blisko. My będąc tam wynajmowaliśmy auto z lokalnej wypożyczalni na zaledwie dwa dni, żeby objechać wyspę dookoła, kosztowało nas to 60 euro, ale po Atenach i okolicach poruszaliśmy się wyłącznie komunikacja miejską (autobusy, metro). Właściciele wynajmowanych przez turystów domów również często udostępniają gościom samochody za niewielką dodatkową opłatą. Najmniej opłacalnym rozwiązaniem są chyba transfery lotniskowe – ich cena często zrównuje się z wynajmem samochodu nawet na cały tydzień.

Mam nadzieję, że udało mi się Was przekonać do tego, że wakacje w raju wcale nie są tylko dla bogatych, jeśli odpowiednio wcześnie je zaplanujemy, można zaoszczędzić i rozłożyć koszty na raty. Szczegóły moich dotychczasowych rodzinnych wakacji znajdziecie w poprzednich wpisach w zakładce MAMA W PODRÓŻY.

Na koniec to czego Polacy boją się najbardziej – „nie pojadę ‚na dziko’, bo nie znam języka”

Każdą stronę rezerwacyjną można dziś odpalić w ojczystym języku, każdy opis jest wyposażony w opcję tłumaczenia, więc na etapie planowania i rezerwowania wyjazdu język nie stanowi problemu.

A jeśli chodzi o samą podróż? Cóż, mówię biegle po angielsku, ale naprawdę niewiele mi to pomogło w Grecji, czy we Włoszech, haha. Jeśli mamy dobre nastawienie, dużo serca i cierpliwości, język naprawdę nie stanowi bariery. Wystarczy nauczyć się kilku podstawowych zwrotów angielskich, by poradzić sobie bez przewodnika na każdym międzynarodowym lotnisku. 

A z lokalsami rozmawia się uśmiechem, gestem i sercem :-)))

Poniżej skrócona fotorelacja z naszych rajskich Włoskich, Hiszpańskich i Greckich wakacji (Sardynia, Minorka, Attyka)

 

 

Nie wybrano galeria lub galeria została usunięta

Dodaj komentarz

Zamknij