Powoli pakujemy walizki

Powoli pakujemy walizki

Wakacje! Lubimy je planować. Są też wśród nas na pewno tez takie osoby, które na wypoczynek decydują się na tzw. „spontanie”. Postanowiłyśmy tym razem poruszyć właśnie temat wakacji. Dla tych, którzy wybierają wakacje w kraju, to już chyba ostatni dzwonek. Wszystkim zależy przecież na zarezerwowaniu takiego miejsca pobytu, które nam się podoba, a nie takiego, w którym są jeszcze po prostu wolne miejsca.

 Olka

Jestem tym typem mamuśki, która wybiera wakacje z dziećmi w towarzystwie babuni, zamiast męża. To wybór zarówno mój, mojej mamusi, jak i Marcina. I chyba również naszych dzieci. Nie wątpię, że kochają swojego ojca, ale, szczerze, gdyby ich zapytać z kim chcą jechać na wakacje, odpowiedzą bez chwili refleksji, że z mamą i z babcią.

Mój mąż na co dzień jest w moich oczach stuprocentowym facetem, jednak w czasie rodzinnych wyjazdów, staje się zrzędliwą kulą u nogi! On mógłby przeżyć życie nie ruszając się z miejsca zamieszkania na odległość dłuższą niż 30 kilometrów. Podróże wcale go nie kręcą, z tego powodu najczęściej się kłócimy, bo zarówno ja, jak i dzieci, chcielibyśmy zobaczyć jak najwięcej. Dla Marcina kilka dni nad morzem to już tortura, więc gdyby miał z nami spędzić tam tydzień czy dwa, na pewno by umarł. My nie protestujemy, bo dla nas z kolei tych kilka dni z nim jest jeszcze trudniejsze niż dla niego. Cały czas chodzi ze skrzywioną miną, na wszystko narzeka, mówi, że „chce do mamy”, ciągle przelicza nasz pobyt na złotówki, potrafi nie zjeść z nami w restauracji obiadu, tłumacząc, ze „to nam ma być dobrze, on nie musi jeść tak drogich posiłków”(!!!), najchętniej przeleżałby cały czas na plaży (wyjątkowo lubi kąpiele w słońcu), nawet nie chce słyszeć o spacerach, czy wyjazdach w kierunku pobliskich atrakcji turystycznych. Z tego właśnie powodu zwykle nas tylko zawozi na miejsce, zostaje z nami najwyżej do dwóch dni, po czym ucieka do domu. Jeśli pogoda dopisuje, zdarza się, że przyjeżdża po nas dwa dni przed końcem turnusu, choć zwykle stara się nie przyśpieszać swojego przyjazdu i pojawia się dopiero w przedostatni dzień. W ciągu tych dwóch pierwszych dni zdąży zwykle tak nas sobą zmęczyć, że nasz pożegnalny małżeński pocałunek mógłby powalczyć o nagrodę MTV w kategorii najbardziej namiętnego! Bo ten pocałunek jest przez nas oboje naprawdę wyczekiwany. Ja cieszę się, ze on wreszcie znika nam z oczu, on jest szczęśliwy, że wraca do swojego domku i do swojej mamusi (jego rodzice mieszkają dosłownie „za płotem”). Oczywiście nie jestem naiwna- najbardziej cieszy się z wolności, jaką mu oddajemy na cały tydzień, ale nie śmiała bym tego szczęścia odbierać ani jemu, ani sobie. Za stara jestem na zazdrość. Jestem zdania, że rozłąka bardzo dobrze nam robi.

Choć oboje mamy prawo jazdy i każde z nas jeździ swoim samochodem, na wakacje zawsze zawozi nas mój mąż. To dość dziwaczne rozwiązanie, tym bardziej, że czasami jeździmy naprawdę daleko i on musi pokonywać tą trasę dwukrotnie. Jestem raczej dobrym kierowcą, codziennie pokonuję kilkadziesiąt kilometrów, często wożąc dzieciaki. Ale kilkaset kilometrów to już zbyt wiele dla Marcina do zniesienia. Długo zastanawiałam się dlaczego tak robi, choć nigdy nie protestuję kiedy chce nas zawieźć, bo dla mnie jest to po prostu wygodne. Pewnego dnia go o to zapytałam. Odpowiedział tak, jak się spodziewałam, że jestem babą za kierownicą i to byłoby niebezpieczne dla dzieci. Między wierszami jednak wyczytałam z jego słów, że nasze wyjazdy to czas, kiedy nie ma nad dziećmi (i nade mną!) absolutnej kontroli, więc stara się ograniczyć ten niekomfortowy okres do minimum. I wciąż nie wiem, która z potrzeb bardziej nakręca to jego działanie: potrzeba opieki nad nami, czy kontroli…

W góry jeździ z nami- za daleko by jeździć w tę i z powrotem. W górach nie może poleżeć na plaży, a i tez nie ma za bardzo na co narzekać, bo jeździmy raczej w niezatłoczone miejsca. Brak tłumów, drogich restauracji i sklepów z pamiątkami co pięć metrów, oraz zdecydowanie niższe ceny za większy komfort pobytu i pyszne jedzenie, powodują, że Marcin w górach najbardziej zmęczony jest brakiem powodów do narzekania. Z tego powodu ostatnio częściej jeździmy właśnie w góry 😉

 

Pozostaje jeszcze problem wczasów zagranicznych. O takich wciąż możemy pomarzyć. Tutaj wszystkie moje argumenty przegrywają z jednym tylko jego- koszty. Wygrywa prostym tylko porównaniem, że za cenę tygodniowych wczasów w Chorwacji, miałabym połowę nowszego auta (to prawda, przy pięciu podróżnych :() Wciąż pracuję nad lepszą strategią. Marzą mi się Hawaje….

 

Ewka

 W naszym przypadku termin wakacji uzależniony jest od urlopu Patryka. Od dwóch lat na urlop jeździmy po urodzinach Dominika. Za każdym razem obiecuję sobie, że już więcej nie będę rezerwowała nic z wyprzedzeniem. Na gadaniu się kończy przez co kasę tracimy a z pogodą nie trafiamy.

Mimo to uwielbiam wakacje!!! Odkąd jestem z Patrykiem, zawsze spędzamy je razem. Za „czasów panieńskich” czas ten upływał nam na beztroskim leżeniu na plaży, sączeniu drinków, lodowatych kąpielach w Bałtyku, a wieczorem na romantycznych i szalonych wypadach do klubów czy restauracji. Odkąd pojawiły się dzieci, pozostały tylko… wspólne wakacje, bo błogie leżenie plackiem na plaży, czy wieczorne wyjścia, przełożyliśmy na późniejszy okres.

Patryk jest mistrzem pakowaniu walizek do auta. Zawsze wszystko ma przemyślane, dzięki czemu nie musimy się zatrzymywać po drodze żeby dać Dominiakowi zabawkę, książeczkę czy jedzenie. Ja zajmuję się zawsze pakowaniem samych walizek. Oczywiście zawsze wezmę za dużo rzeczy, ale wychodzę z założenia, że „lepiej nosić niż się prosić”. Patryk do tej pory wspomina, a raczej się ze mnie śmieje, że na nasze pierwsze wakacje zabrałam z sobą 14 par butów;) Dziewczyny, umówmy się, trzy pary butów nad morzem w zupełności wystarczą!!! Japonki, buty sportowe, ewentualnie szpilki, gdyby jednak udało się wieczorem gdzieś wyjść.

Uwielbiam robienie babek, zamków, noszenie wody w wiaderku, wszystkie nasze wspólne zabawy. W tym roku wakacje będą inne. Będzie z nami Weronika  i żadnego leżenia plackiem na plaży. Jakoś to przeżyję. Jako Polka z krwi i kości, jestem fanką PARAWANINGU  Należymy do osób lubiących mieć kawałek plaży tylko dla siebie. Nikt nam nie przeszkadza, a dzieci mają bezpieczne miejsce do zabawy. Tylko Patryk wpada w szał kiedy ma rozłożyć parawan, namiot czy koce. Jest tatą, taka jego rola, ja nie tupię nogami w obliczu przewijania dziecka, czy wypełniania innych matczynych obowiązków, więc i on nie powinien tego robić. Jest wesoło 😉

Dodaj komentarz

Zamknij

O której kawa?!