O tym jak to rodzic sam na siebie bata ukręcił

O tym jak to rodzic sam na siebie bata ukręcił

„Jeśli nie poprawicie ocen do stycznia, nie będzie żadnego wyjazdu na ferie!”
– No i dobrze, i tak nie chciałam jechać!!!”

Po wielu latach doświadczeń, wypróbowywania przeróżnych metod wychowawczych, doszłam do wniosku, że kluczową rzeczą w wychowaniu dzieci jest nauczenie ich… panowania nad emocjami!
Jednocześnie zrozumiałam dlaczego tej oczywistej umiejętności nie potrafię swoich dzieci nauczyć – nawet jeśli opanowalam ją niemal do perfekcji w pracy i kontaktach z otoczeniem, nie potrafię tej nauki wykorzystać w domu, zwłaszcza wobec komentarzy moichch dzieci takich jak ten przytoczony powyżej…
Wielu mnie ostrzegało, że „prawdziwe problemy zaczną się dopiero kiedy dzieciaki mi wyrosną”. Powoli zaczynam kminić co mieli na myśli…
Odpuściliśmy w tym roku staranną „lustrację” ich zeszytów – uznaliśmy z M, że przez poprzednie cztery lata ich przygody ze szkołą zdążyliśmy już nauczyć nasze dzieci systematyczności, staranności (w miarę ich możliwości), oraz sumienności w odrabianiu zadań domowych, jak i przygotowywaniu się do lekcji. I choć nigdy nie wymagaliśmy od nich wzorowych wyników w nauce, raczej dobrze sobie z nią radzili, a my jesteśmy dumni z ich szkolnych osiągnięć.
„Dobre stopnie” są pojęciem dość umownym – dla każdego znaczą co innego. Zależy mi na tym żeby moje dzieci stawiały sobie poprzeczkę wysoko, by starały się sprostać swoim własnych oczekiwaniom, by nie uzależniały swojego zadowolenia z pracy od tego czy nam się ich oceny podobają czy nie. Staram się nie wywierać na nich presji ucząc, że jedyną presją jaka może im w życiu ciążyć jest ta, którą sami na siebie kładą. I wydawało mi się, że moje gadanie wystarczy… Nie przewidziałam, że najlepsza presja dla ucznia to w jego mniemaniu taka, która niewiele na nim ciąży… Dlatego moje dzieci zaczęły w tym roku wymagac od siebie nieco mniej.

I w tym momencie uznaliśmy z M., że powinniśmy interweniować. Uwierzcie mi – rozmowa z moimi dziećmi miała wyglądać zupełnie inaczej niż planowałam! Założyłam, że będzie tak: powiemy im, że ich oceny są słabsze niż rok wcześniej, oraz, że wydaje nam się, że stać ich na więcej i łagodnie zasugerujemy, żeby postarali się je poprawić. Nie przewidziałam, że oni mogą widzieć problem zupełnie inaczej. I tak też zareagowali. A stało się tak właśnie przez to, że mocno wzięli sobie do serca naukę, którą przez lata im sama wpajałam! Moja córka próbowała mnie przekrzyczeć argumentem, że dla niej „trója z matmy do dobra ocena!”, a mój syn wytknął, że „ze wszystkiego nie musi być dobry!”. Wobec braku argumentów (a wobec ich zaskakującej dla nas reakcji naprawdę zabrakło nam jezyków w gębach), przeszliśmy od razu do ataku: zaczęło się straszenie karą i popularnym „nauka to wasz obowiązek!” i „to ja decyduję!” i kilka innych głupich i w rezultacie nic nie znaczących tekstów. Niby bez krzyku, ale groźba zablokowania dostępu do gadżetów technologicznych zamknęła między nami przestrzeń do rozmowy. Wieczorem jeszcze M. próbował na spokoju wytłumaczyć trollom (tak ich pieszczotliwie czasami  nazywamy 😉) o co kaman, groźbę zamienić na łagodne ultimatum. W efekcie był ich nocny płacz w poduszkę i zapuchnięte oczy rano.
I teraz się zastanawiam, czy te zapuchnięte od płaczu oczy znaczą, że nasza interwencja poskutkowała, czy raczej że ponieśliśmy rodzicielską porażkę??? Bo być może płacz był wynikiem poczucia winy, a może poczucia niesprawiedliwości??? Może wymagamy za dużo, a może niepotrzebnie poświęcamy całej sprawie tyle energii i rozwazań? Być może lepiej byłoby po prostu im powiedzieć, ze oceny są słabe i mają je poprawić i basta. A może uznać, że są na miarę ich możliwości i potrzeb i nie wymagać od nich więcej?…
Nikt mnie nie przygotował na takie dylematy! Życie rodzica dorastających Szkolniaków to prawdziwa SZKOŁA ŻYCIA!

„If you do not correct your ratings by January, there will be no holidays for the holidays!”

– Well, I did not want to go anyway !!! „

After many years of experience, trying out various methods of education, I came to the conclusion that the key thing in raising children is to teach them … control over emotions!

At the same time, I understood why I can not teach this obvious skill – even if I mastered it almost to perfection at work and in contacts with the environment, I can not use this learning at home, especially in the comments of my children like the one above …

Many have warned me that „real problems will only start when kids grow up.” I’m slowly starting to cumin what they meant …

We left this year diligent „vetting” of their notebooks – we acknowledged with M that during the previous four years of their adventures with the school we managed to teach our children regularity, diligence (as far as possible), and conscientiousness with homework, as well as preparation for lessons. And although we never required exemplary academic results from them, they were rather good at dealing with it, and we are proud of their school achievements.

„Good grades” are quite a concept – for everyone they mean something else. I care about my children setting the bar high, trying to meet their own expectations, not to make their work satisfaction dependent on whether we like their ratings or not. I try not to exert any pressure on them, teaching that the only pressure that can weigh on them in life is the one they put on themselves. And it seemed to me that my talk was enough … I did not predict that the best pressure for the student is in his opinion the one that does not have much burden on him … That is why my children began to demand a bit less this year.

And at this point, we decided with M. that we should intervene. Believe me – the conversation with my children was supposed to look completely different than I planned! I assumed it would be this way: we will tell them that their ratings are weaker than a year earlier, and that we think they can afford more and we will suggest that they try to improve them. I did not predict that they can see the problem quite differently. And so they reacted. And it happened because of the fact that they took to heart the lessons I had for them for years! My daughter tried to overwhelm me with the argument that for her „a triumph from math for a good assessment!” And my son pointed out that „everything does not have to be good!”. In the absence of arguments (and our reaction to our surprising reaction really lacked our language in the mouths), we went straight to the attack: scaring punishment and popular „learning is your duty!” And „I decide!” And a few other stupid and Seemingly without a shout, but the threat of blocking access to technological gadgets has closed the space for conversation between us. In the evening, M. still tried to explain to the trolls (as their caressing sometimes) about what a kaman, threaten to change into a mild ultimatum. As a result, their night crying in a pillow and swollen eyes in the morning.

And now I am wondering if these puffy eyes mean that our intervention has resulted, or rather that we have suffered a parental failure ??? Perhaps crying was the result of a sense of guilt or maybe a sense of injustice? Maybe we demand too much, or maybe we devote so much energy and consideration unnecessarily? Perhaps it would be better to just tell them that the grades are weak and they have to improve and enough. Or maybe they recognize that they are up to their capabilities and needs and do not demand more from them? …

Nobody prepared me for such dilemmas! The life of a parent of adolescent Schoolboys is a real SCHOOL OF LIFE!

Dodaj komentarz

Zamknij

O której kawa?!