W duecie siła!

W duecie siła!

Ewka:
To był chyba grudzień. Sms od Olki: „O której kawa?! – co o tym myślisz?” Pomyślałam sobie: na bank kawiarnia. Świetny pomysł! Tylko skąd ja miałam wziąć na to kasę!?? Z mojego świadczenia macierzyńskiego?!?! Ale jak miałam to wytłumaczyć Olce? Nie da się… Ona jak się na coś uprze, to nie ma bata! Na szczęście szybko wyprowadziła mnie z błędu i wyjaśniła, że chodzi o blog. Blog??? Po co? O czym niby miałam pisać i kto miałby  to czytać?! Sama nigdy nie byłam fanką blogerek.

Całe szczęście, dałam się namówić  I nie żałuję! Jednak choć obie jesteśmy dziś dumne z drogi jaką do tej pory razem przeszłyśmy, przyznajemy, że nie było kolorowo… Dziś, po kilku miesiącach od premiery oktorejkawa.com, okazuje się, że nie wszystko wspominamy jednakowo:-) Ale od początku…

OKREŚLENIE CELU

Ewka:
Należymy chyba do najbardziej nieprofesjonalnych blogerek, jednocześnie jesteśmy prawdziwymi ryzykantkami: tak naprawdę, nie miałyśmy żadnego planu. Wiedziałyśmy tylko, że chcemy pisać o przyjaźni, macierzyństwie i o prowadzeniu domu. Zaczynając nie miałyśmy pojęcia o informatyce, a ‘hosting’ i ‘domena’ to hasła, których kompletnie nie rozumiałyśmy.

Ale chciałyśmy pisać. Podświadomie liczyłyśmy też, że to się opłaci i pozwoli nam zarobić. Wtedy wydawało nam się, że nie będzie z tym problemu. Teraz już wiemy, że skupianie się na szybkim odzyskaniu inwestycji i dużym zarobku to podstawowy błąd wielu blogerów. Najważniejszy jest czytelnik i to na nim należy się skupić.
Kiedy zaczynałyśmy, miałyśmy przygotowanych kilka pierwszych wpisów. Tak na sam początek, żebyście mogli nas lepiej poznać. Kiedy ruszyłyśmy, przez pierwszy miesiąc nie dawałyśmy Wam spokoju – codziennie wyświetlałyśmy się na Waszej tablicy z postem o nowym wpisie. Pewnie mieliście nas czasem dość. Jednak dla nas to było wielkie BUUM!, chciałyśmy pisać dużo, często i zdobywać jak najwięcej odwiedzin strony. Ciągle myślałyśmy o liczbach. Przez pierwszy tydzień miałyśmy po 1000 odwiedzin strony dziennie, a spodziewałyśmy się przecież kilkudziesięciu. Te liczby dodawały nam skrzydeł, więc pisałyśmy naprawdę dużo.
Potem nastąpiły chwile zwątpienia – zdarzały się dni, kiedy odwiedzało nas nie więcej niż 50 osób. Zaczynałyśmy się zastanawiać, co robiłyśmy nie tak, nasze poczucie własnej wartości chwilami mocno spadało. Na szczęście u mnie to były sekundy, bo zwykle byłam dumna, że jednak ktoś nas czyta, że nawet jeśli to nie jest 1000 wejść dziennie, to warto pisać choćby dla jednego czytelnika, jeśli tylko na chwilę poprawi mu to humor.

Olka:
Najtrudniejsze było dla mnie zdefiniowanie głównego celu. Od dawna wiedziałam, że chcę mieć swojego bloga (bo ciągle wydaje mi się, że mam dużo do powiedzenia, o czym doskonale wiedzą moi najbliżsi 😂), jednak nie umiałam odpowiedzieć na pytanie: po co?…
Gdybym wtedy, na początku, jasno określiła swój cel, z pewnością dużo łatwiej byłoby nam obu organizować pracę. Bo sam blog jako cel został osiągnięty stosunkowo szybko, a przecież to był dopiero początek naszej przygody. Więc powiedziałam sobie, że najpierw go (bloga) stworzymy, napiszemy kilka tekstów, a potem zobaczymy co się wydarzy. I to był bez wątpienia błąd, bo pierwsze teksty były o wszystkim i o niczym jednocześnie, przez co trudno nam było zdefiniować odbiorców, a tym samym nie mogłyśmy dobrze zaplanować promocji. W rezultacie straciłyśmy wielu potencjalnych czytelników i musiałyśmy się zmierzyć z pierwszym dużym spadkiem zainteresowania naszą stroną już w kilka tygodni po starcie!

POKONANIE OBAW, ZDERZENIE Z OPINIĄ OTOCZENIA

Olka:
Myślę, że na to akurat dobrze się przygotowałam. Opinia innych osób jest dla mnie ważna tylko jeśli jest to opinia moich najbliższych, oraz jeśli jest konstruktywna i mi potrzebna. W każdym innym przypadku opinia innych dotycząca mojej działalności nie ma dla mnie znaczenia.

Dlaczego? Bo nikt poza mną nie wie lepiej ode mnie czego mi potrzeba, nikt inny nie chodzi moją drogą i nie nosi moich butów. Jeśli ponoszę porażkę, to sama się z nią muszę zmierzyć, a jeśli wygrywam, to jest to mój sukces. Dlaczego zatem mam brać pod uwagę to co mówią inni. Gdyby wiedzieli lepiej ode mnie, sami zajęliby się podobną działalnością. Przejmowanie się opinią otoczenia miałoby taki skutek, że zrezygnowałybyśmy na samym początku. Bo nikt chyba poza nami samymi i kilkoma życzliwymi „psiapsiółkami” nie widział sensu w tym co robimy. I bardzo dobrze – to nas jeszcze bardziej popychało do działania.

Jedynym dylematem na poziomie planowania treści naszych wpisów było to, ile z naszego prywatnego życia możemy opowiedzieć innym. Dlatego na początku postawiłyśmy granice, biorąc pod uwagę dobro naszych najbliższych i nas samych. Czasami dawałyśmy się ponieść emocjom, zwłaszcza we wpisach o relacjach z naszymi mężami. Wtedy na szczęście miałyśmy siebie nawzajem i wspólnie decydowałyśmy o tym co mieści się w granicach, jakie sobie wcześniej postawiłyśmy. Każdy tekst, który ostatecznie został upubliczniony, jest przez nas w pełni akceptowany, również z perspektywy czasu. Nie znaczy to, że zawsze było łatwo. Czasami miałyśmy ochotę opisać ciekawe rodzinne historie, na których upublicznienie nie zgadzali się nasi mężowie, czy dzieci i choć trudno nam było się powstrzymać przed postawieniem na swoim, musiałyśmy „zamilknąć” w tych sytuacjach i uszanować ich zdanie.

Niektórzy mimo wszystko krytykowali nas za zbytnią otwartość, ale jednocześnie chętnie czytali to, co „ujawniałyśmy”😃. Dla nas nie miało to znaczenia, bo przyświecała nam idea pokazania innym kobietom, takim jak my, że nie są same w swoich codziennych zmaganiach. A jeśli otrzymywałyśmy informację zwrotną i były to serdeczne słowa podziękowania, żadna krytyka nie była w stanie nas zniechęcić. Czasami mamy poczucie, że piszemy w czyimś imieniu, choć piszemy o swoich doświadczeniach. I wtedy wiemy, że warto iść pod wiatr 😉

Ewka:
Co pomyślą o mnie inni? W końcu wszyscy czytelnicy wejdą do mojego domu, poznają moje dzieci, męża, nasze relacje…

Wiele osób próbowało nas zniechęcić do tego pomysłu. Dochodziły do nas plotki, że niektórzy z obawy przed „byciem obsmarowanym na blogu”, woleli unikać spotkań z nami 😂 To było z ich strony bardzo niesprawiedliwe, ale raczej nie zaprzątałyśmy sobie tym głowy, bo miałyśmy czyste sumienie w tej kwestii. Ja sama, nawet na początku, nie przejmowałam się tym, co myślą o mnie inni. Oczywiście szanowałam ich opinie, ale i tak robiłam swoje. Mieszkamy w małej miejscowości, nie jesteśmy tu anonimowe. Jednak prywatność jest czymś co bardzo szanuję w życiu, więc zarówno „przed blogiem”, jak i teraz jasno stawiam granice. To ja decyduję o tym co opisuję, dlatego chronię przed światem sfery, które uznaję za intymne. Myślę, że wychodzi mi to całkiem dobrze, nie dręczą mnie wyrzuty sumienia😉. Nie robię niczego wbrew sobie czy moim najbliższym, celem naszych tekstów nigdy nie jest też obrażenie kogokolwiek.

LOGO, STRONA, ZDJĘCIA 

Olka:
Słyszałyśmy wiele razy: „nie umiecie” – więc się uczyłyśmy☺. Słyszałyśmy: „nie jesteście…” – więc my decydowałyśmy sie ‚być’. Słyszałyśmy: „nie macie” – więc powoli zdobywałyśmy 😃.

Wiedziałyśmy, że wszystkiego musimy nauczyć się same. Nie miałyśmy zbyt dużego budżetu na start, więc tam gdzie nie było nas stać na zatrudnienie profesjonalistów, same wykonywałyśmy ich robotę. Godzinami, dniami i nocami poznawałyśmy techniki, zasady, metody, itp., itd… Popełniłyśmy przy tym masę błędów, za niektóre płacimy do dziś. I ciągle się uczymy.
Samo logo O której kawa?! tworzyłyśmy tygodniami! Na początku miałyśmy jedynie hasło. Potem szukałyśmy koloru wśród dziesiątek podobnych do siebie barw. Potem czcionka – zastanawiałyśmy się pomiędzy skromną i prostą, a elegancką i skomplikowaną. Wybrałyśmy prostą, niepretensjonalną, na białym tle. Logo miało mieć modny kolor, ale taki, który nam się podoba i dobrze kojarzy, oraz taki, który będzie praktyczny na wypadek tworzenia firmowych produktów. Niby wszystko już gotowe, nauczyłyśmy się obsługiwać program, zaprzyjaźniony informatyk pomagał nam jedynie przy tworzeniu jakości „wektorowej” logo. To jednak wciąż za mało żeby móc zmierzyć się z bezwzględnym rynkiem, więc przed nami wciąż jeszcze wiele pracy.

Teraz jednak jest nam dużo łatwiej, bo już wiemy jak wiele możemy zrobić siłą naszego duetu, czasami potrzeba na to tylko więcej czasu 😉
Zupełnie same stworzyłyśmy też stronę oktorejkawa.com. Nie jesteśmy programistkami, nie mamy pojęcia o grafice komputerowej, więc stworzenie strony było prawdziwym wyzwaniem. Pracowałyśmy nocami, a złość naszych domowników mocno dawała nam się już we znaki w końcowej fazie tworzenia strony. Tu również nie dało się uniknąć błędów, dlatego dzisiaj musimy przenosić całą zawartość bloga w inne miejsce. Na szczęście nasz zaprzyjaźniony informatyk zajął się sprawą hostingu i domeny, więc przynajmniej tutaj wszystko gra.
Zdjęcia startowe na bloga też powierzyłyśmy profesjonalistkom, którym udało się stworzyć nasz wizerunek profilowy, oraz fotki, które witają naszych gości na stronie startowej.

Za każdym razem kiedy dopada mnie dół związany z kiepską popularnością wpisu, lub kolejnymi turbulencjami technicznymi, przypominam sobie ile problemów udało nam się do tej pory rozwiązać i to motywuje mnie do ‚wstania z podłogi’. To trochę jak efekt domina, tylko w pozytywnym sensie.😃

TEKSTY SĄ ZA DARMO, KUBKI SĄ NA SPRZEDAŻ  😉

Olka:
Niedługo po premierze bloga, zdecydowałyśmy się stworzyć gadżet, który by się z tym blogiem bezpośrednio kojarzył. Stworzyłyśmy kubeczki do kawy. Długo zastanawiałyśmy się nad tym, czy postawić na cenę, czy na jakość. Wybrałyśmy to drugie. I choć sprzedaż idzie tak sobie, to mamy pewność, że oddajemy w ręce naszych czytelników porządny produkt, który będzie im służył latami. Jednocześnie budujemy zaufanie do O której kawa?!, naszej osobistej marki. Do tej pory nie wypuściłyśmy jeszcze na rynek innych produktów, jeszcze na to za wcześnie, choć pomysłów mamy wiele. Wszystko przed nami, staramy się dobrze przygotować, na tym etapie nie chcemy ponosić kolejnych strat, dlatego zbieramy doświadczenia, analizujemy informacje jakie docierają do nas od Was i staramy się planować kolejne wyzwania rozważnie. „Kubkowa klapa” wiele nas nauczyła, haha 😂

Ewka:
Wprowadzenie naszego blogowego produktu jest do tej pory naszą największą finansową klapą!😭 Postawiłyśmy na jakość, a ona kosztuje. Znamy naszą polską rzeczywistość: kredyty, utrzymanie domu, dzieci, to są duże koszty. Mało kogo stać na blogowe „gadżety”. Olka założyła: „jak nam zależy, to sprzedamy”. Ale my wprowadziłyśmy kubki do sprzedaży kompletnie bez przygotowania. Badanie rynku? Po co? Co z tego, że mamy porządny, wykonany z materiału najwyższej jakości kubek, skoro na początku mało kto był takim zakupem zainteresowany. Musiałyśmy zdecydować się na kilka dużych promocji, żeby sprzedaż ruszyła. Wciąż nie jest najlepiej, więc niedługo ruszamy z kolejną promocją 😉.

Tak więc na przyszłość – jeśli chcecie ruszyć z jakąkolwiek sprzedażą – zróbcie porządne badanie rynku!!!

FITNESS NIE BYŁ PLANOWANY

Ewka i Olka:
Nie planowałyśmy z początku poświęcać tak dużej uwagi ćwiczeniom fizycznym. Miałyśmy się raczej skupić na samym macierzyństwie i przyjaźni. Szybko jednak odkryłyśmy, że nasza wytrwałość w treningach mocno współgra z tym, że ciągle chcemy się rozwijać. Zauważyłyśmy jaki duży wpływ ma sport na nasz nastrój, na samopoczucie, oraz na konsekwencję w dążeniu do założonych celów. Nie mogłyśmy tego zignorować. O której kawa?! to w dużej części właśnie fitness, który towarzyszy nam codziennie, wymusza na nas dbanie o siebie, skupienie się na zdrowiu naszym i naszej rodziny. A to z kolei doskonale współgra z treścią naszych wpisów, traktujących w większości o „zdrowym i świadomym macierzyństwie” 😃
Nasze ciała się zmieniły, czujemy się dużo lepiej i lepiej wyglądamy. Efekty naszych treningów widać gołym okiem. Wiemy, że zaraziłyśmy pasją do ćwiczeń inne mamy i to napełnia nas ogromną dumą! To również sprawia, że widzimy sens naszej działalności, nawet wtedy, kiedy nasi mężowie uszczypliwie przypominają nam, że ta nasza działalność nie jest najlepszym sposobem na zarabianie pieniędzy! 😂😂😂

Przed O której kawa?! jeszcze długa droga. Coraz więcej wiemy o zainteresowaniach, potrzebach naszych czytelników i staramy się wychodzić naprzeciw ich oczekiwaniom. Stało się to naszym celem, stąd zajęłyśmy się przebudową strony, oraz uważniej analizujemy tematy jakie pojawiają się na blogu. Przede wszystkim jednak wciąż jesteśmy po to, by innym kobietom, takim jak my, było chwilami łatwiej ze świadomością, że nie są ze swoimi rozterkami same!

Ewka:
Blog mnie zmienił, pozwolił mi inaczej spojrzeć na ludzi i otaczającą mnie rzeczywistość. Może to ogólniki, ale jestem dziś już inną osobą. Na początku nie byłam pewna siebie, nie chwaliłam się raczej tym co tworzyłam z Olką. Za to dziś mówię o blogu z dumą! ☺
Olka:
A ja podpisuję się z dumą pod słowami Ewki!

❤💚💙

Dodaj komentarz

Zamknij

O której kawa?!